Krótki przewodnik po schematach młodzieżowej antyutopii
(a głównie o Rywalkach Kiery Cass)

Och, okładki są akurat ładne. Pasują i są takie... wow.
Najwyraźniej wśród współczesnej literatury dla młodzieży, antyutopie są czymś, co mi jakoś wyjątkowo pasuje. W każdym razie sięgam po jakąś od czasu do czasu, szczególnie gdy szukam książki wciągającej, niewymagającej, takiej, którą przeczytam w ekspresowym tempie, a która przyniesie mi przy okazji mnóstwo frajdy. Tylko że wychodzi różnie. Każda kolejna próba okazuje się właściwie daleka od zachwytu Igrzyskami śmierci. Może być naprawdę fajnie (Delirium), może być przyzwoicie (Niezgodna), jakoś tak nijako i nieciekawie (Dobrani) albo... albo jak przy Rywalkach Kiery Cass.


Gdy się nad tym zastanowię, to już dość dawno, na pewno parę lat przed Igrzyskami śmierci, czytałam też trylogię Brzydcy, Śliczni, Wyjątkowi, która doskonale wpisuje się w "kanony" gatunku. To Igrzyska zapoczątkowały wśród nastolatek boom na antyutopie, natomiast faktycznie książki Scotta Westerfelda były wcześniej. Nie wiem, czy Suzanne Collins je czytała, na pewno natomiast autorzy tych późniejszych powieści czytali Suzanne Collins. I to niestety widać, bo większość z nich chyba tylko stara się powtórzyć ten sukces, odtwórczo wykorzystując bardzo już wytarte schematy. I jakkolwiek sam pomysł przedstawiania młodzieży antyutopijnych społeczeństw jest zacny i z pewnością, przynajmniej teoretycznie, takie powieści mają szansę przekazać coś wartościowego, to jednak bardzo często pozostają po prostu złą literaturą. Po Rywalkach Kiery Cass nie spodziewałam się zbyt wiele.  To miała być taka moja guilty pleasure. Książka opowiada o selekcji - 35 wylosowanych (przynajmniej oficjalnie) dziewczyn na oczach całego kraju walczy o księcia i koronę. Jedna z nich zostanie księżniczką. Brzmi jak Igrzyska śmierci, tylko głupsze, prawda?

I faktycznie, Rywalki to kiepska książka, która ratuje się tylko lekką, wciągającą fabułą. Mogłabym na jednym wydechu wymienić wiele wad tej powieści, mnóstwo niedorzeczności, ale z jakiegoś powodu połknęłam ją bardzo szybko, a potem przeczytałam jeszcze dwa następne tomy po angielsku. Rywalki są bardzo mocno osadzone w nurcie młodzieżowych antyutopii - zdaje się, że wykorzystują wszystkie najpopularniejsze schematy, a autorka wcale nie stara się od tych klisz uciekać. Poniżej przedstawiam najważniejsze z nich, które, w takiej czy innej formie, pojawiają się w zdecydowanej większości wymienionych przeze mnie młodzieżowych antyutopii. Nie chcę w ten sposób hejtować gatunku jako takiego - jego założenia są warte docenienia, jest w nim podłoże dla wciągających, fajnych, dających do myślenia książek, które faktycznie powstają. Ale mogą się też trafić takie Rywalki.

Elita




Narratorka 
Najpierw forma. Zastanawia mnie trochę, dlaczego we wszystkich takich powieściach narracja musi być pierwszoosobowa. Może chodzi o to, że, przynajmniej teoretycznie, czytelniczce łatwiej się dzięki temu utożsamić z bohaterką? Nie wiem, w dodatku czasem to jest po prostu zły wybór. Jak w Igrzyskach śmierci - wiadomo, że w takiej powieści raczej nie zabija się głównej bohaterki, ale narratorki po prostu zabić NIE MOŻNA. Efekt jest taki, że zakończenie można dość łatwo przewidzieć. Kiera Cass też nie odchodzi od tego schematu i wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy Americi (tak, ona naprawdę ma na imię America), co też nie jest najlepszym pomysłem, może dlatego, że to postać okropnie wręcz denerwująca i niespójna. Zazwyczaj są to też książki napisane bardzo prostym językiem, mam wrażenie, że przeciętnej inteligencji nastolatka operuje jednak większą ilością słów. W przypadku trylogii Kiery Cass odczułam ten fakt najlepiej poprzez to, jak łatwo czytało mi się drugi i trzeci tom po angielsku.

Punkt wyjścia
Zazwyczaj bohaterkę poznajemy w przełomowym momencie. To taki moment przejścia - albo właśnie wybiera frakcję, do której ma przynależeć (Niezgodna), albo to jej z kolei system wybiera chłopaka (Dobrani), albo ma mieć przeprowadzoną operację, która: a)uczyni ją nieskończenie piękną (Brzydcy) b)odbierze jej umiejętność odczuwania głębszych emocji (Delirium). W każdym razie zawsze jest to moment, w którym system ma bohaterkę jakoś wtłoczyć w swoje ramy, na zawsze wyprać mózg i włączyć do społeczeństwa tych już wypranych - dorosłych. Ale Rywalki najwięcej czerpią z Igrzysk śmierci i w obu przypadkach takim momentem będą publiczne zawody, taki trochę teleturniej, który ogląda całe państwo. W pewien sposób takie rozwiązanie jest podobne do tych pozostałych - system przypomina bohaterce, że ta tak naprawdę nic nie znaczy, że jest tylko maleńkim trybikiem w maszynie państwowej. America do Selekcji trafia trochę niechcący, trochę przez przypadek. Dla wszystkich bohaterek (i dla Americi oczywiście także) to wydarzenie będzie momentem przełomowym, które pozwoli im inaczej spojrzeć na rzeczywistość i dojrzeć też, co w tym systemie funkcjonuje źle.

Bo system jest zły
Wydaje mi się, że to ogólnie dobrze, że w literaturze młodzieżowej bohaterowie są stawiani przed takimi problemami, że muszą dostrzec społeczne niesprawiedliwości, błędy w systemie, że poszukują własnej drogi, często innej niż ta, którą proponuje im państwo. Świetnie. Tylko że to antyutopijne społeczeństwo zwykle jest opisane trochę po łebkach, sytuacja polityczna jest tylko lekko naszkicowana, brakuje jej pogłębienia, które sprawiłoby, że sytuacje z książki nabrałyby realnego wydźwięku, że wydałyby się autentyczne i prawdopodobne. Mogę wybaczyć takie dziury w kreacji rzeczywistości, bo to ma być literatura rozrywkowa i czasem książce, nawet mimo to, udaje się obronić. Gorzej, gdy antyutopijna rzeczywistość stanowi tylko tło, jest jak marna dekoracja w słabym teatrze, może nawet jest pewnym balastem dla historii bohaterki. Mam wrażenie, że, choć Kiera Cass bardzo chciała wcisnąć do swojej trylogii problemy społeczne i polityczne, to i tak zdecydowanie ważniejsze były kiecki Americi i jej rozterki miłosne. Tym razem autorka postawiła na walkę z systemem kastowym - społeczeństwo Illei (tak się nazywa powieściowe futurystyczne państwo) jest podzielone na siedem kast. Najwyższe żyją w pełnym dobrobycie, najniższe (te najliczniejsze) cierpią biedę. Dostaniemy też trochę, dorzuconych jakby od niechcenia, faktów historycznych, które doprowadziły do powstania Illei i takiego, a nie innego podziału geopolitycznego świata. To wszystko, gdyby się temu dokładniej przyjrzeć, tylko tak ledwo, ledwo trzyma się kupy. To, co mnie najbardziej chyba razi, to buntownicy, którzy chcą obalenia monarchii - regularnie napadają na zamek, cały dwór wpada w panikę, ukrywa się w schronach i stara się przeczekać, a straż zupełnie nie wie, co ma robić. Jakoś udaje się przepędzić buntowników, sytuacja się uspokaja aż do następnego razu - pewnie za jakiś tydzień. Nie rozumiem, jak to się dzieje, że buntownicy jeszcze nie wymordowali całej rodziny królewskiej. Ani jak takie państwo w ogóle funkcjonuje. Pewnie autorce chodziło o to, żeby trochę podgrzać atmosferę. Sukienki i bale mogłyby się stać w końcu nudne - potrzeba jakiejś walki, niebezpieczeństwa, zagrożenia życia.

The One

Jestem zwykłą dziewczyną i ratuję świat
Na szczęście jest nasza główna bohaterka - i gdy ona wkroczy na scenę, wszystko zacznie się zmieniać. No, może nie do końca, ale jednak nasza protagonistka zazwyczaj odgrywa ważną rolę w dokonujących się przemianach społecznych. W pierwszym tomie może jeszcze tego za bardzo nie widać, ale America oczywiście nie może być w tym gorsza od swoich koleżanek z innych powieści. Nie trzeba być od razu symbolem całej rewolucji jak Katniss, można po prostu dołączyć do buntowników i walczyć w imię sprawiedliwości, ewentualnie wygłosić parę buntowniczych zdań na wizji. W każdym razie nasza bohaterka antyutopii na początku jest zwykłą dziewczyną, która nie ma wcale ambicji zmieniać świata - albo jeszcze nie czuje takiej potrzeby (bo nie zdołała na razie przejrzeć systemu), albo wydaje jej się to zupełnie nierealne. Może nawet nie ma ochoty zapisywać się do Selekcji. A tu bum. Nagle znajduje się w takiej sytuacji, że zazwyczaj nie ma wyboru - musi ratować świat.

Wszyscy lubią trójkąty
To chyba najbardziej oczywisty przykład - w niemal każdej tego typu książce główna bohaterka musi wybierać między dwoma chłopakami. Jestem niemal zaskoczona faktem, że Niezgodna jest tutaj chlubnym wyjątkiem - w każdym razie wydaje mi się, że Cztery był jedynym chłopakiem Tris. Ale nie wiem, nie czytałam kolejnych tomów, może tam pojawia się następny... W każdym razie niemal zawsze bohaterka jest częścią miłosnego trójkąta i w związku z tym mierzy się z romantycznymi dylematami. Wszystko oczywiście zależy od tego, jak ten wątek jest poprowadzony i czy zostaje jednak trochę na uboczu (jak w Igrzyskach), jest bardzo ważny, niemal kluczowy, ale nie przesłania reszty (Delirium), czy też może, jak w Rywalkach, miłosne problemy Americi zajmują 3/4 trylogii. Nie wiem, może przesadzam, ale naprawdę mam wrażenie, że ona zajmuje się tylko rozmyślaniem nad tym, którego z tych dwóch kocha i którego ma wybrać. W końcu się decyduje, ale to też nie rozwiązuje wszystkich problemów... America nie może się zdecydować między Aspenem, którego zna od dziecka i z którym chodziła zanim dostała się do Selekcji a księciem Maxonem. Najgorzej z tym jest w Elicie, gdzie bohaterka dosłownie zdaje się mieć rozdwojenie jaźni i bez przerwy przechodzi od "Kocham Maxona" do "Nie mogę żyć bez Aspena". Gdyby jeszcze ten trójkącik składał się z ciekawych, niejednoznacznych postaci... Americą mam ochotę tylko mocno potrząsnąć, bo to taka głupia dziewucha jest. Aspen i Maxon... nie wiem, są dziwni, płascy. Właściwie to, kogo wybierze America, nie miało dla mnie wielkiego znaczenia. A zresztą i tak można zgadnąć już na samym początku.

To już koniec?! 
To najprostszy sposób na przyciągnięcie czytelników do następnego tomu - skończyć tak, żeby... właściwie nie skończyć. Cliffhangery ewidentnie uwielbia Lauren Oliver, która kończy w najlepszym momencie i Delirium, i Pandemonium. Suzanne Collins coś podobnego robi tylko w W pierścieniu ognia. To wkurzające, ale zazwyczaj działa, bo faktycznie po skończeniu można tylko obgryzać paznokcie z nerwów. Natomiast Kiera Cass kończy swoje książki tak, że mam wrażenie, jakby przerwała niemalże w połowie zdania. A może po prostu chciała podzielić historię na trzy części (w końcu to musi być trylogia!) i jakoś tak wyszło. W każdym razie zakończenia Rywalek i Elity są tak nijakie, jak to tylko możliwe. Naprawdę, tak jakby historia nagle się urwała. To pierwszy z powodów, dla których miałam wrażenie, że w tych książkach nic ważnego się nie wydarzyło, że czytałam o niczym i skończyło się na niczym. Drugi jest taki, że tam faktycznie niewiele się wydarzyło.


Tak, trylogia Kiery Cass jest naprawdę po prostu słaba. Z drugiej strony skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie przyniosła mi żadnej przyjemności. Przyniosła, bo to są takie lekkie, wciągające, samoczytające się książki. No i miałam też mnóstwo frajdy z wynajdywania w nich absurdów i naśmiewania się z głupoty Americi. O czymś w końcu świadczy też fakt, że zamiast po przeczytaniu Rywalek zapomnieć na wieki wieków o tej serii, ochoczo zabrałam się za Elitę i The One. Czytajcie. Na własną odpowiedzialność.

----------
Przypomniałam sobie o jednej książce, do której z pewnością pasuje określenie "młodzieżowa antyutopia", a która nie wpisuje się w te schematy. To Dawca Lois Lowry. I nawet ma być film!

Jeśli chcecie, to tutaj zachwycam się Igrzyskami śmierci, a tutaj piszę o trylogii Lauren Oliver - Delirium i Pandemonium oraz Requiem.

Popularne posty z tego bloga

A Court of Frost and Starlight, Sarah J. Maas

Na skróty. Kwiecień, maj, czerwiec 2018

The Cruel Prince (Okrutny książę), Holly Black