"Jutrzejsza miłość" Shirley Abbott


„Jutrzejsza miłość” to kolejna powieść, która opisuje zwykłych ludzi i stara się odpowiedzieć na pytanie jak żyć. Zapowiada się dobrze. A potem pozostaje tylko żałować, że autorce nie udało się wybić ponad przeciętność.


Shirley Abbott obrała sobie za temat codzienność, w której gubią się jej postacie. Po prostu życie – miłość, małżeństwo, praca, pieniądze, choroba. W „Jutrzejszej miłości” splatają się historie kilku bohaterów, których coś niecoś łączy. Mamy więc małżeństwo przeżywające kryzys – Marka i Maggie. On nie może znaleźć nowej pracy i ma kochankę – przedszkolankę ich czteroletniej córeczki. Antonia, matka Maggie, jest bardzo szczęśliwa z Samem. Z tym, że on ma żonę Edith, z którą nie chce się rozwieść (to groziłoby utratą posiadłości). Alison (wnuczka Sama i Edith) i Candace zamierzają wziąć wystawny ślub. I nie zważają na to, jak zostanie odebrany fakt, że obie panny młode wystąpią w długich, białych sukniach. Greg właśnie dowiaduje się, że może być chory na raka.

Przykro to mówić, ale w tej książce coś się zepsuło, coś nie wyszło. Może to dlatego, że autorka bawi się w szczegóły, dokładnie opisuje najzwyklejsze czynności. Powieść staje się rozwlekła, a przez to po prostu nudna. Czego brakuje tej książce? Polotu, iskry. Przez większość czasu akcja stoi w miejscu, prawie nie ma tu ciekawszych, ożywczych momentów, wszystko to zdaje się nijakie i... nieważne. Czytelnik (a przynajmniej ja) się nudzi, a przez to losy bohaterów zupełnie przestają go obchodzić. Ba, ich problemy zaczynają wydawać się miałkie i wydumane. Pewnie wcale tak nie jest, bo przecież jest tu chory na raka, jest para lesbijek, która walczy o akceptację, jest przeżywające głęboki kryzys małżeństwo. Tylko że w tej książce to zupełnie nie rusza. Shirley Abbott niby ma jakieś ambicje, chce pokazać skomplikowane życie współczesnych nowojorczyków. Ale „Jutrzejsza miłość” jest zupełnie jałowa, nieciekawa, a do tego nie przekazuje niczego nowego. Nie wciąga, nie wybija się tematyką ani stylem. Przyznam otwarcie, że wymęczyłam tę książkę. I to nie dlatego, że jest ciężka, czy trudna. Absolutnie nie. Jest zwyczajnie nudna.

Choć to może dziwnie brzmieć, zamach na World Trade Center wydaje się prawdziwym wybawieniem z tej nudy i szarzyzny. Akcja przyspiesza. Nareszcie dzieje się coś, co potrafi przykuć uwagę i sprawia, że zainteresowanie książką gwałtownie wzrasta. Szkoda, że trwa to tak krótko. Wkrótce wszystko wraca do normy, a bohaterowie do swojej codzienności. Ochłonięcie po tych przerażających wydarzeniach zajmie im jeszcze trochę czasu. Generalnie jednak zmienia się niewiele. Wydarzenia z 11 września skłaniają bohaterów do przemyśleń, na pewno tak. Jednak życie toczy się dalej.

„Jutrzejsza miłość” ma pewien potencjał. Obiektywnie to nawet niezła książka. Przecież jest dobrze napisana, porusza ważne i aktualne tematy, bohaterowie są dobrze skonstruowani, ciekawi i różnorodni. Ale nie mogę jej polubić, nie mogę w sobie wykrzesać żadnych cieplejszych uczuć do niej. Autorka miała ambicje, jak najlepsze chęci i wcale niezły pomysł – ale w jej prozie zabrakło „tego czegoś”. W konsekwencji „Jutrzejsza miłość” jest po prostu nudna i zdaje się być wręcz o niczym.

-----------------
Książkę otrzymałam od wydawnictwa MUZA.
Kup "Jutrzejszą miłość" w Matrasie. Darmowa dostawa do najbliższej księgarni.

Popularne posty z tego bloga

A Court of Frost and Starlight, Sarah J. Maas

Na skróty. Kwiecień, maj, czerwiec 2018

The Cruel Prince (Okrutny książę), Holly Black