"Śmierć i trochę miłości" Aleksandra Marinina


Kiedy ja ostatnio przeczytałam jakiś kryminał? Hmm... nie wiem, ale na pewno dawno. Trafiały się książki, które można by podpiąć pod ten gatunek, ale trzeba przyznać, że od co najmniej półtora roku do kryminałów mnie w ogóle nie ciągnęło. A to dlaczego? Wcześniej przecież trochę czytałam. I co? Znudziły mi się? Stwierdziłam, że to jednak nie mój typ literatury? A może uznałam, że szkoda czasu? Szczerze mówiąc, sama nie wiem. Ale wreszcie się przełamałam i kryminał przeczytałam – dość typowy, ale na pewno bardzo dobry. I dochodzę do wniosku, że muszę się jednak przeprosić z tym gatunkiem.


Główna bohaterka i pracownica moskiewskiej milicji, Anastazja Kamieńska dzień przed swoim ślubem otrzymuje anonimowy list: „Nie rób tego, bo pożałujesz”. Jest przekonana, że ma to związek z poprzednią sprawą – właśnie przez przypadek odkryła, że alibi człowieka oskarżanego o gwałt jest nieprawdziwe. Ale niespodziewanie w urzędzie stanu cywilnego przytrafia się tragedia – zostaje zastrzelona panna młoda. Wkrótce okazuje się, że to samo stało się w innym miejskim urzędzie. A Anastazja nie była jedyną kobietą, która przed ślubem otrzymała taki anonim...

Zawsze lubiłam poszukiwanie zabójcy, to najważniejsze pytanie: „kto zabił?”. A najbardziej chyba lubiłam końcowe zaskoczenie. To, że nie zgadłam było nieważne, bo przez to frajda czytania była jeszcze większa. Jeśli autor, jak zwykle, wywiódł mnie w pole, to końcówka i rozwiązanie zagadki były niesamowicie ekscytujące. I trochę żałuję, że tym razem tego mi zabrakło. Chociaż Marinina dość zgrabnie myli tropy i wprowadza coraz to nowe postacie, które teoretycznie mogłyby zabić, to tym razem nie dałam się zwieść. Podejrzenie wpadło mi do głowy wkrótce po zabójstwie, a w miarę rozwoju akcji systematycznie się w nim utwierdzałam. To nie jest przecież wielki błąd. Ale jak to tak? Przejrzałam książkę już na pięćdziesiątej stronie? Fakt, oczywiście nie całkiem, ale zabójcy się domyślałam, a potem byłam niemal pewna. To trochę tak jakby ktoś mi przedwcześnie zepsuł dobrą zabawę. Ale nie, to nie do końca prawda. Przecież, tak czy owak, przy książce Marininy bawiłam się świetnie. „Śmierć i trochę miłości” czyta się we wprost zawrotnym tempie i z niemałą przyjemnością.

Tym bardziej, że autorka nie ogranicza się tylko do zagadki i rozwija także wątki poboczne. Bez przesady i z umiarem (tak, że absolutnie nie hamuje akcji) opisuje niemal każdą postać, która pojawia się podczas śledztwa. Dobrze znamy ich charaktery, motywacje, historie życiowe. Marinina, choć skupia się na zagadce, idzie też bocznymi torami, co wychodzi książce na dobre. Troszkę tu obserwacji społecznych, nieco poplątanych i często nieszczęśliwych ludzkich losów. „Śmierć i trochę miłości” nie kończy się różowo, bo „zły” morderca został ujęty. Tutaj zabójcy możemy nie tylko współczuć, ale też go niejako polubić i zrozumieć.

To zgrabnie poprowadzona i napisana powieść. Nada się świetnie, jeśli macie ochotę na wciągającą i niezbyt wymagającą, a przy tym dobrą i niegłupią książkę. A ja? Chyba rozejrzę się za jakimś kolejnym kryminałem.

------------------------------
Kup "Śmierć i trochę miłości" w Matrasie! Darmowa dostawa do najbliższej księgarni.

Popularne posty z tego bloga

A Court of Frost and Starlight, Sarah J. Maas

Na skróty. Kwiecień, maj, czerwiec 2018

The Cruel Prince (Okrutny książę), Holly Black