"Chłopaki Anansiego" Neil Gaiman


Anansi to afrykański bóg, przedstawiany jako pająk. Jest doskonałym oszustem. Potrafi odnieść zwycięstwo nawet nad najgroźniejszym przeciwnikiem, dzięki swojemu sprytowi. Symbolizuje zdolność człowieka do pokonywania przeszkód.
Anansi jest władcą wszystkich opowieści.

Gruby Charlie swojego ojca najchętniej wyrzuciłby z pamięci. Zawsze przynosił mu wstyd. Wtedy, gdy go oszukał i Charlie przyszedł do nowej szkoły, przebrany za jednego z prezydentów Stanów Zjednoczonych, oczekując w nagrodę torebki pełnej słodyczy, a w zamian został wyśmiany przez pozostałych uczniów. A także wtedy, gdy ojciec wkroczył do szpitala, w którym umierała matka Charliego na czele grupy muzykantów, grających „Yellow Bird”. Nie, zdecydowanie Gruby Charlie nie przepadał za swoim rodzicielem. Ale mimo wszystko wypada zaprosić ojca na własny ślub. Wtedy okazuje się, że ten nie żyje. I dopiero teraz się zaczyna. Bo oto dowiadujemy się, że pan Nancy był bogiem. Był Anansim. A do tego, że Gruby Charlie ma brata, o którym zupełnie nic nie wiedział, a który odziedziczył wszystkie boskie moce. Wkrótce Charlie nieopatrznie go przyzywa, co sprowadza na jego głowę wiele kłopotów... Łącznie z utratą pracy, narzeczonej, aresztowaniem i ściągnięciem na siebie całej masy ptaków, które, cóż, nie zachowują się do końca normalnie.

Minęło już jakieś półtora roku od mojego szału na Gaimana. I oto znowu nabrałam ochoty na szaloną przygodę, jaką jest czytanie jego książek. Tym razem również świetnie się bawiłam. Bo Gaiman jak zwykle jest oryginalny, zaskakujący, sypie kolejnymi wspaniałymi pomysłami jak z rękawa, a jego wyobraźnia zdaje się nie mieć granic. W „Chłopakach Anansiego” wykorzystuje pomysł z „Amerykańskich bogów”. Jak dla mnie historia Grubego Charliego stoi niżej niż ta powieść (zresztą jest to chyba moja ulubiona książka Gaimana), ale to nadal świetna rozrywka. „Chłopaki Anansiego” wciągają. Wciągają okropnie i nieodwołalnie.

Mamy morał: możesz pokonać nieśmiałość, możesz zmienić swoje życie, możesz dokonać wielu rzeczy, o które się w ogóle nie podejrzewasz. Nawet jeśli jesteś największym nieudacznikiem. W tobie też tkwi bóg, możesz odnaleźć w sobie Anansiego. Niezbyt to oryginalne, owszem. A fabuła w ogólnym zarysie też może się wydać dość schematyczna. To chyba największa (a może raczej jedyna) wada powieści. Ale ta wada niknie, kiedy zestawi się z nią wielką pomysłowość poszczególnych scen, czy bardzo błyskotliwe i zabawne teksty.

Pomysł zdegradowanych bogów, przywleczonych do Ameryki przez przybywających tam wyznawców w „Chłopakach Anasiego” nie został rozwinięty. To po prostu wykorzystanie poprzedniej konwencji na cele kolejnej powieści. Ale, jak to na Gaimana przystało, świat boski jest naprawdę ciekawie przedstawiony. Za to niezbyt przyjazny dla głównego bohatera, bowiem jego ojciec wszystkim tam porządnie zalazł za skórę...

No i do tego dochodzi świetny humor (trochę jakby „pratchettowski”). Gaiman zawsze bawił, zawsze pozostawiał w głowie czytelnika mętlik i zaskakiwał szalonymi pomysłami. Ale dotąd chyba żadna z jego książek, nie wydała mi się tak śmieszna.

Każdy kto ma ochotę na dobrą, współczesną fantastykę i niebanalną rozrywkę, może śmiało zajrzeć do „Chłopaków Anansiego”. Gwarantuję, że znajdzie tu ciekawy pomysł, wciągającą przygodę, humor i grozę.

-------------------------------------------
Kup "Chłopaki Anansiego" w Matrasie! Darmowa dostawa do najbliższej księgarni.

Popularne posty z tego bloga

A Court of Frost and Starlight, Sarah J. Maas

Na skróty. Kwiecień, maj, czerwiec 2018

The Cruel Prince (Okrutny książę), Holly Black