"Miasteczko Middlemarch" George Eliot


„Miasteczko Middlemarch” dość długo czekało na mojej półce, jako jedna z tych książek, które zamierzam przeczytać, ale dopiero „kiedyś”. Dobrze zrobiłam, że się w końcu przemogłam i rzuciłam wyzwanie sporej objętości (prawie 1000 stron). Czytanie tej książki było bardzo miłym i przyjemnym doświadczeniem. Przy „Miasteczku Middlemarch” śmiałam się, przeżywałam duże emocje razem z bohaterami, ze zniecierpliwieniem czekałam na dalszy rozwój akcji, a nieraz bardzo żałowałam, że muszę przerwać czytanie.

Trudno sprecyzować z czego to wynika, jednak od klasyki polskiej wolę się trzymać z daleka. Ale obca, ze szczególnym uwzględnieniem angielskiej? Tak, tak, bardzo chętnie, choć sięgam po nią tylko raz na jakiś czas. Właśnie nadszedł taki okres, więc oprócz „Miasteczka Middlemarch” mam jeszcze kolejne czytelnicze plany. Znów myślami jestem o dwieście lat wcześniej, kiedy panie chodziły w pięknych sukniach i czesały włosy w koki, kiedy jeżdżono powozami zaprzężonymi konie, urządzano bale, a nad wszystkim królowały sztywne maniery i konwenanse. W szczególności te ostatnie sprawiają, że cieszę się z tego, iż żyję w XXI wieku. Ale przecież wspaniale jest móc przenieść się od czasu do czasu w tę dystyngowaną, uroczą przeszłość.

George Eliot (dla niezorientowanych – jest to męski pseudonim, a pisarka w rzeczywistości nazywała się Mary Ann Evans) z wdziękiem i rozmachem snuje tę wielowątkową opowieść. Można wyróżnić dwa lub trzy główne wątki, które jednak splatają się ze sobą, tworząc jedną całość. Młoda Dorotea Brooke szuka godnego celu w życiu. Jest mądra, dobra i dość naiwna. Decyduje się na małżeństwo z o wiele starszym od niej panem Casaubonem, który całkowicie poświęca się pracy naukowej. W tym miejscu należy jeszcze wspomnieć, że pan Casaubon ma młodego i biednego kuzyna pana Ladislawa (wnuka polskiego emigranta!). Tymczasem do Middlemarch przybywa nowy, młody i zdolny lekarz, pan Lydgate, który dość szybko zawiązuje głębszą znajomość z miejscową pięknością Rozamundą Vincy.

Losy bohaterów zostały rozrysowane na niezwykle szerokim i dokładnym tle angielskiej prowincji w okresie licznych przemian. Poznajemy ludzi o bardzo różnych pozycjach społecznych, zamieszkujących to małe, ale tak bardzo żywotne i różnorodne miasteczko. Otrzymujemy więc świetną okazję do obserwacji życia ludzi w pierwszej połowie XIX w., a także mamy wgląd na wydarzenia polityczne w ówczesnej Anglii. Wszystko to można uznać za bardzo ciekawe, ale muszę przyznać, że mnie i tak zdecydowanie bardziej ciągnęło do losów głównych bohaterów.

Jak to już zazwyczaj jest w dziewiętnastowiecznych powieściach – akcja posuwa się do przodu leniwie, autorka opisuje wszystko z wielką dokładnością. Ale przecież to wcale nie musi przeszkadzać w czytaniu. Owszem, zdarzały się nudniejsze momenty, które chętnie bym „przeskoczyła”, aby jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. Mimo to „Miasteczko Middlemarch” generalnie czyta się znakomicie. George Eliot tworzy bardzo wiele barwnych i różnorodnych postaci, a o ich perypetiach pisze z wdziękiem i ciepłym humorem. Świetna lektura dla każdego, komu niestraszna angielska klasyka.

------------------------
Kup "Miasteczko Middlemarch" w Matrasie! Darmowa dostawa do najbliższej księgarni.

Popularne posty z tego bloga

A Court of Frost and Starlight, Sarah J. Maas

Na skróty. Kwiecień, maj, czerwiec 2018

The Cruel Prince (Okrutny książę), Holly Black