"Sto butelek na ścianie" Ena Lucia Portela



Mamy lato i chociaż ostatnio różnie u mnie z pogodą bywało, to „Sto butelek na ścianie” czytałam podczas największych upałów. I powieść świetnie wpisała się w ten klimat. Raczej nie mam zwyczaju dzielenia książek na pory roku. Nie trzymam się ściśle reguły, że najlepsza wakacyjna lektura to taka, która jest lekka, przyjemna i niewymagająca. A jednak mogę powiedzieć, że „Sto butelek na ścianie” z barwną, gorącą Hawaną w tle, to właśnie powieść typowo „letnia”. Choć z drugiej strony na zimę też się nada, bo na pewno skutecznie rozgrzeje.

Zeta ma jakieś 28 lat i od zawsze mieszka w stolicy Kuby. Gruba i wielka, uwielbia nazywać samą siebie kurtyzaną z XVIII w. Była wychowywana dość swobodnie – matka zmarła przy porodzie, a ojciec, choć ją kochał, właściwie niewiele robił sobie z ojcostwa. Zeta kocha mężczyzn, kocha seks, kocha dobre jedzenie. Tkwi w toksycznym związku z Moisesem. Jest od niego całkowicie uzależniona, chociaż ten typowy macho poniewiera nią, a od czasu do czasu pierze na kwaśne jabłko. Takim brakiem szacunku dla siebie samej, jaki wykazuje Zeta, jest szczerze zdegustowana jej najlepsza przyjaciółka Linda – intelektualistka, lesbijka, feministka i świetnie zapowiadająca się pisarka kryminałów.

Jak wiele wiecie o Kubie? Nie będę ukrywać, że moja wiedza w tym względzie jest bardzo skąpa. Nie miałam też nigdy do czynienia z książką kubańskiego autora, ani chyba nawet z traktującą o Kubie. „Sto butelek na ścianie” wprawdzie nie dostarczyło mi żadnych konkretnych wiadomości, trudno bowiem nazwać tę książkę obrazem życia w Hawanie. Trochę za mało tutaj informacji i opisów. Ale na pewno powieść Eny Lucii Porteli pokazuje atmosferę tego miasta, jego klimat. Przez kartki czuć barwną strukturę tamtejszego społeczeństwa, upały i moskity, biedę. A sama powieść też niewątpliwie dołączy do moich nielicznych skojarzeń z Kubą.

Ta książka wprost tchnie optymizmem. W życiu Zety zdarzają się nieszczęścia, ale ona i tak jest niepokonana – naprawdę potrafi zarażać czytelników nieposkromioną radością życia. Ena Lucia Portela napisała swoją powieść niezwykle barwnym, łobuzerskim stylem w formie nieco zwariowanej i rozbudowanej opowieści Zety. „Sto butelek na ścianie” jest pełne energii i wiary w przyszłość, pełnokrwiste i gorące, a do tego niezwykle dowcipne. Wspaniale nastroiła mnie ta książka, rozbawiła, sprawiła, że śmiałam się nawet w najbardziej nieoczekiwanych momentach.

Miałam tylko, szczególnie na początku, wrażenie, że to taka historia bez żadnego głębszego celu. Że nic konkretnego z tego nie wynika. Ot, pisanie dla samego pisania. Wprawdzie potem ta myśl się ulotniła, a ja dałam się porwać opowieści Zety, ale gdzieś to odczucie jednak pozostało. Można doszukać się tu historii o dokonywaniu wyborów. I przede wszystkim o kobietach, kobietach bardzo różnych, tak jak Zeta i Linda. Ale mimo wszystko zaklasyfikowałabym tę książkę po prostu jako świetne czytadło – wciągające, przyjemne, wspaniale napisane, a przy tym z ikrą i niebanalne.

Dla tej powieści niewątpliwie warto dać się porwać rytmom salsy i strumieniom rumu. Na pewno bardzo miło zapamiętam tę nieco szaloną podróż z Eną Lucią Portelą na gorącą, egzotyczną Kubę.

Popularne posty z tego bloga

A Court of Frost and Starlight, Sarah J. Maas

Na skróty. Kwiecień, maj, czerwiec 2018

The Cruel Prince (Okrutny książę), Holly Black