Moje fantastyczne, choć nieoczekiwane, przygody z young adult

12:17

Myślałam, że wyrosłam. Myślałam, że to już nie dla mnie. Patrzyłam na takie książki z pewnym pobłażaniem i stwierdzałam: "głupoty". I chociaż metrykalnie jestem tylko trochę za stara na młodzieżówki, to unikałam ich już od paru lat. Zdarzały mi się jakieś pojedyncze "wybryki", bo przecież mniej więcej trzy lata temu przeczytałam i pokochałam Igrzyska śmierci. A przed rokiem wpadłam na Rywalki, które jednak okazały się literacką zapaścią i teraz są moją naczelną książką "do bicia".

No i proszę, co to się ze mną porobiło?
Przez ostatnie pół roku przeczytałam więcej młodzieżówek niż przez całe liceum i prawdopodobnie sporą część gimnazjum. Moja młodsza siostra śmieje się ze mnie, że cofam się w rozwoju, a ja (mimo pewnych oporów, bo przecież mogłabym czytać więcej "mądrzejszych" książek) po prostu świetnie, świetnie się bawię. Po trafieniu na kilka powieści, które całkowicie mnie pochłonęły, postanowiłam zrobić sobie w wakacyjne miesiące maraton przez popularne fantastyczne serie dla młodzieży. Sprawdziłam, co jest grane, co się czyta, jakie przygody mnie ominęły... Skupiłam się na szeroko rozumianej fantastyce. Chociaż faktycznie zdarzyło mi się sparzyć, to przede wszystkim miałam wielką frajdę. I nie mogłam się powstrzymać przed napisaniem mojego podsumowania wakacji z young adult.


9 serii, 23 książki.

Pozują oczywiście niestety tylko te książki, które mam na papierze. Kilka serii przeczytałam w formie ebooków, Trylogii czasu słuchałam.
Było parę niudanych wyborów, ale trafiłam też na serie, w których się po prostu zakochałam. Wszystko zaczęło się od Sagi księżycowej Marissy Meyer, której jestem skończoną fanką. Nic nie poradzę, miłość na zawsze, koniec i kropka. Zakochana jestem też w The Winner's Trilogy Marie Rutkoski (pierwszy tom niedługo w Polsce pod tytułem Pojedynek, seria nazywa się Niezwyciężona, bleh), bo to piękna, piękna historia, która bardzo mnie poruszyła. Czas żniw Samanthy Shannon jest genialny, wciągający i ma wspaniale skonstruowany świat. Szklany tron Sary J. Maas kocham trudną miłością, ta seria ma sporo wad, ale jest po prostu uzależniająca. Na Griszę Leigh Bardugo trochę nawet ponarzekałam w recenzji, ale gdy teraz o tym myślę, to właściwie mam do tej serii przede wszystkim dużo sympatii. Czerwona królowa Victorii Aveyard to średnia książka - jeden wielki miks schematów, ale mimo wszystko dobrze się bawiłam. Trylogię czasu Kerstin Gier i jej bohaterkę lubię coraz bardziej z każdym tomem, niby nic specjalnego, ale seria jest urocza, lekka i zabawna. Mara Dyer Michelle Hodkin miała potencjał, ale zostało głównie rozczarowanie; trochę żałuję, że nie przerwałam czytania po pierwszym tomie. A Dotyk Julii Tahereh Mafi to jedyna powieść z całej puli, która bardzo mi się nie podobała.

Moje, powiedzmy, ulubione.




Jest high fantasy, jest dystopia, jest science fiction, jest coś jakby paranormal, są też podróże w czasie. Do wyboru, do koloru, ale równocześnie wszystko podpada pod coś w stylu "fantastycznej przygodówki", więc, chociaż te książki nieraz bardzo się różnią, to niektóre rzeczy pozostają podobne. Wiem, że te serie niekoniecznie przystają do siebie gatunkowo, że może niekoniecznie powinnam je wrzucać do jednego worka. A skoro już to robię... zdaję sobie sprawę, że to tylko mała część najnowszej "młodzieżowej fantastyki". Ale... jednak wiele te serie łączy i pozwoliłam sobie na ich podstawie zrobić małe podsumowanie, spisać trochę moich uwag. Co było zatem najlepsze, co najgorsze?

Chciałam tu jeszcze zaznaczyć, że nie spoileruję żadnej z wymienionych tu przeze mnie serii. Chyba że jesteście wyjątkowo na "spoilery" wrażliwi - czasem na przykład piszę jako o parze o bohaterach, którzy na starcie razem nie są. Ale tylko wtedy, jeśli jest to od samego początku dość oczywiste, że oni parą będą.


ŚWIAT


Mój jedyny problem z Czasem żniwTrudno 
znaleźć fajne fanarty. No to wietnamska okładka. 
Wow.
Mam wrażenie, że to właśnie najczęściej leży i kwiczy w fantastyce dla młodzieży - konstrukcja świata. A przecież w dystopii czy high fantasy to szalenie ważny element. I co? Chyba zazwyczaj nie ma na to czasu, bo musi się dziać, bo nie-daj-Boże młody czytelnik się znudzi i porzuci czytanie. Bywa tak, że jest strasznie nielogicznie i ubogo. Bywa lepiej, ale i tak bardzo często trafiają się jakieś luki w konstrukcji rzeczywistości. Zazwyczaj po prostu ten świat jest "zrobiony" tak od niechcenia, rzadko jest bogaty, barwny i złożony. Chlubny wyjątek? Samantha Shannon i jej Czas żniw (a może to dlatego, że ta seria czasem jest uznawana za młodzieżową, a czasem za fantastykę dla dorosłych?). Zdecydowanie najciekawsza, najbardziej złożona wizja rzeczywistości, Czas żniw to niesamowity popis wyobraźni autorki. Shannon stworzyła swój świat z wielką pieczołowitością, dopracowała każdy szczegół. Alternatywna wizja historii, opresyjne państwo Sajon, wyjęci spod prawa jasnowidzowie, tajemniczy Refaici, kontakty z Zaświatami... Wszystko to wydaje się bardzo autentyczne, żywe i fascynujące.

BOHATERKA


Od razu zaznaczam - we wszystkich seriach, o których tutaj piszę, centralną postacią była dziewczyna. Dlatego najpierw o naszej bohaterce.

Ogólnie mam wrażenie, że w modzie jest typ wojowniczki. Wiecie, jestem silna, jestem niezależna, poradzę sobie ze wszystkim, jak trzeba, to przywalę, a nawet kogoś zabiję. Bohaterki YA są waleczne, buntownicze i odważne, zazwyczaj wygadane i potrafią odpyskować. No i dobrze, ale po pewnym czasie one wszystkie wydają się być do siebie podobne, jakby stworzono je według tego samego wzoru. Najbardziej irytujący przypadek? Celaena ze Szklanego tronu, która ma osiemnaście lat, jest najlepszą na świecie zabójczynią, jest piękna, wszyscy się w niej kochają, a przy tym to taka normalna dziewczyna - kocha kiecki, książki, czekoladę. Celaena jest opisywana tak, jakby była w każdym calu doskonała. I to jest straszne. Wiadomo, w taką wojowniczą "typową bohaterkę YA" można wlać mniej lub więcej życia; niektóre są nudne, inne ciekawsze i mają jeszcze wiele innych wyróżniających je cech. Niektóre naprawdę lubię (Cinder i Scarlet z Sagi księżycowej, Paige z Czasu żniw), inne są mi obojętne (Alina z Griszy, Mare z Czerwonej królowej). Jedno jest pewne, "typowa bohaterka YA" nie jest naiwnym, nieśmiałym, rozmarzonym dziewczątkiem. Ale uwaga, uwaga, taka właśnie jest Cress z Sagi księżycowej Marissy Meyer. I to jest świetne! Cress nie jest słaba, niezdecydowana, czy chwiejna. Nie, ona wie, czego chce i jest gotowa działać. Spędziła połowę swojego życia uwięziona w satelicie krążącej dookoła Ziemi (bo Cress to taka futurystyczna Roszpunka). Czy jest coś dziwnego w tym, że jest naiwna i nieśmiała, że podchodzi do życia z taką dziecięcą prostotą, że żyje marzeniami? Nie, a Cress jest w tym całkowicie autentyczna i urocza. Nie wyobrażam sobie jej robiącej komuś krzywdę, ale... przecież bez niej Cinder i cała reszta mieliby dosłownie przechlapane. Bo czy to dopiero nie jest wspaniałe, że ta dziewczęca, drobna blondynka jest przy okazji genialną hakerką i programistką? Cress może się trochę ośmiela i uczy się paru rzeczy, ale do końca powieści pozostaje tą uroczą, nieśmiałą dziewczyną. Ona nie stanie się pod koniec odważną, przebojową wojowniczką. Jasne, nabierze trochę pewności siebie, ale pozostanie sobą.

Bardzo ładny fanart Cress. Źródło.
Gdybym miała wybrać moją ulubioną bohaterkę tak naprawdę pewnie nie byłaby to Cress. Wybrałabym Kestrel z The Winner's Curse - Pojedynku, która też nie jest typową wojowniczką, walczy, ale raczej umysłem. Ewentualnie Cinder. Ale Cress jest wspaniała. I jest inna.

BOHATER


Nie ma innej opcji, nasza bohaterka MUSI się w kimś zakochać. Wampiry chyba już dawno wyszły z mody, ale chłopak bohaterki wciąż może być jakimś nadprzyrodzonym stworzeniem (na przykład pochodzić z przedwiecznej rasy olbrzymów albo być czymś elfopodobnym). Mam jednak wrażenie, że wróciliśmy do absolutnej klasyki, bo chyba najlepszą opcją okazują się książęta. Pewnie ma to związek z tym, że romansów paranormalnych raczej unikałam, chętniej brałam się za fantasy... Ale nie, tak czy owak, książęta mają dobre notowania. Przyznaję, dość kochliwa jestem ostatnio. Z łatwością wymienię kilku panów, którzy skradli moje serce:
Naczelnik z Czasu żniw - pochodzi z jakiejś przerażającej rasy olbrzymów, ma pewnie z miliony lat (powiedziałabym, że ta różnica wieku jest dyskwalifikująca, no ale...) i słucha świetnej muzyki. I... to Naczelnik. Jeśli czytaliście Czas żniw, to czy muszę tłumaczyć?
Chaol ze Szklanego tronu - mówcie, co chcecie. Chaol to mój ulubiony pan ze Szklanego tronu i chyba ulubiona postać w serii w ogóle. Serio, to najbardziej ludzki bohater pośród tego tłumu ideałów - nie ma żadnych supermagicznych mocy, popełnia błędy, miewa wątpliwości, a przy tym wciąż jest wspaniały.
Darkling z Griszy - jest zły do szpiku kości. A mnie raczej nie ciągnie do czarnych charakterów, ale ach... to Darkling. Dla takiego Darklinga można by przejść na ciemną stronę mocy ;)
Wilk - z Sagi księżycowej kocham absolutnie wszystkich, ale to w Wilku jestem zakochana (Thorne, Kai, pamiętam o was!).
Źródło

WĄTEK MIŁOSNY


Wcale nie było dużo trójkątów miłosnych! A kiedyś wydawało mi się, że to najbardziej oczywisty schemat w takich seriach.  Oczywiście gdzieś tam się trójkąt trafi, w niektórych seriach można się go doszukiwać trochę na siłę, ale ogólnie nie, raczej żadna bohaterka nie miała problemów w stylu "kocham iksa, ale czuję coś do igreka, co ja mam zrobić?".  Dzięki Bogu, naprawdę, czytałam Rywalki, w tym koszmarną Elitę, wystarczy mi na długo. Jest parę par, za którymi nie przepadam. Na przykład Alina i Mal (Grisza) lub Mara i Noah (Mara Dyer). Zdecydowanie też Julia i Adam, ale w Dotyku Julii prawie nic mi się nie podobało... A ten post i tak już będzie strasznie długi. Zatem, które wątki miłosne były fajne?
Uwielbiam absolutnie wszystkie pary z Sagi księżycowej, kocham każdą z osobna i wszystkie razem. Świetne jest to, że tam są trzy wątki miłosne, a każdy jest poprowadzony w inny sposób, w swoim tempie, każdy pokazuje miłość trochę inaczej. Nadchodzi Winter i będzie też czwarty, zobaczymy, zobaczymy... Cinder i Kai, Scarlet i Wilk, Cress i Thorne. A wszyscy razem tworzą taki świetny zespół! Może w ogóle w tym tkwi siła Sagi księżycowej - ta seria jest wypełniona wiarygodnymi, barwnymi postaciami, do których bardzo łatwo się przywiązać.
Jak tu ich wszystkich nie kochać? Prawdopodobnie najładniejsze fanarty bohaterów Sagi księżycowej. Od lewej: Cinder i Kai, Scarlet i Wilk, Cress i Thorne. Źródło.

Kestrel i Arin z The Winner's Curse i The Winner's Crime! Chyba powinnam używać już polskiego, bardzo nieudanego, moim zdaniem, tytułu - NiezwyciężonaPojedynek. Tak mocno kibicuję tej parze, że to aż boli... Niezwyciężona to piękna historia miłosna wpisana w polityczną rozgrywkę. Sytuacja zmusza Kestrel i Arina do ciągłej gry. I grają, czasem wbrew wpajanym im od zawsze przekonaniom lub przeciwko swoim narodom... Tutaj wątek miłosny jest zdecydowanie bardziej dramatyczny, będzie zakazana miłość, wojna, kłamstwa, zdrada, wielka polityka... Ale jak to jest świetnie poprowadzone! Bohaterowie nieraz popełniają wielkie błędy (także w łączącej ich relacji), ale one są wyraźnie wymuszone przez sytuację. Marie Rutkoski pisze o ich miłości tak pięknie, że nie można Kestrel i Arinowi nie kibicować. Tak bardzo przeżywałam te książki!

Niedopowiedzenia, polityczna gra i dużo kłamstw. Ale Arin i Kestrel muszą być razem, nie ma innej opcji! Źródło

CZARNY CHARAKTER


Problem jest taki, że antagonistom bardzo często brakuje charakteru. Są źli i żądni władzy i... nie potrafiłabym o nich nic więcej powiedzieć. Taka jest na przykład Nashira z Czasu żniw albo król ze Szklanego tronu. Taka jest też Levana z Sagi księżycowej i trzeba przeczytać Fairest (dodatek do serii, właśnie o Levanie), żeby bohaterka nabrała życia. I tak, po Fairest ta postać wydaje się już genialna i złożona, ale... w samej Sadze tego zupełnie nie widać. Przez takie zaniedbanie tych postaci, świat powieści staje się nieznośnie czarno-biały.
Swoją drogą zauważyłam, że bardzo często rola "złego" przypada władcy (królowi, cesarzowi), ale już jego syn (książę) jest tym "dobrym". To jasne, trzeba będzie powalczyć ze złem, czyli z królem, ale w końcu władzę obejmie następca tronu i wszystko skończy się dobrze. Ten następca tronu będzie naturalnie chłopakiem albo przyjacielem naszej bohaterki (ewentualnie najpierw chłopakiem, później przyjacielem...). Niektórych "złych" poznajemy nieco bliżej i wydają się ciekawsi - cesarz z The Winner's Trilogy (Niezwyciężonej) czy hrabia de Saint-Germain z Trylogii CzasuAle mój ulubiony czarny charakter?
DARKLING!
Taki mroczny Darkling. Źródło.
Darkling to swego rodzaju fenomen, bo sądzę, że to jedna z najpopularniejszych (najpopularniejsza?) i najbardziej lubianych postaci w Griszy. A przecież to on jest właśnie "tym złym", tym, z którym trzeba walczyć, żeby uratować świat.  Ale Darklinga poznajemy znacznie lepiej niż większość antagonistów w pozostałych seriach. Darkling pragnie władzy i potęgi, jest mroczny, ale też bardzo charyzmatyczny. Dostajemy niezły obraz jego charakteru, motywów i przeszłości. Co ciekawe, to jedyna seria dla młodzieży, którą potrafię sobie przypomnieć, w której główna bohaterka... hmm... jest niejako romatycznie zaangażowana w związek z naczelnym czarnym charakterem. Swoją drogą właśnie to "romansowanie" (i nie mówię tylko o samym Darklingu) Aliny ze złem jest tym, co w Griszy lubię chyba najbardziej.

JĘZYK

Powiedzmy sobie szczerze - pod tym względem często jest banalnie i nieciekawie, ale chyba wolę bezpieczną neutralność, niż to, co robi Tahereh Mafi w Dotyku Julii. Miało być pewnie pięknie i poetycko, ale nadmiar wymyślnych metafor uczynił z tej powieści nieznośny wręcz kicz. Sama historia? Raczej pusta i schematyczna, ale to język i egzaltowane przemyślenia bohaterki pogrzebały tę książkę.
Coś na plus? Podoba mi się język Marie Rutkoski, jest subtelny, a momentami naprawdę piękny. Ale trochę trudno mi go porównywać z resztą - czytałam te powieści po angielsku, większość pozostałych książek po polsku. Niedługo sprawdzę, jak The Winner's Curse (Pojedynek) wypada w tłumaczeniu.

I te, które lubię jednak mniej.



COŚ WIĘCEJ...?

Właściwie wszystkie te książki są łatwe, lekkie i, niestety, mniej lub bardziej schematyczne. Niby nic specjalnego. Co właściwie sprawiło, że tak strasznie wkręciłam się w niektóre serie? W sumie nie wiem. Po prostu nie wiem. Ale wiem, że miałam mnóstwo frajdy. Wiem, że w niektóre fabuły wciągnęłam się bez reszty, że do niektórych bohaterów przywiązałam się na dobre. Wiem, że znalazłam kilka serii, na których kontynuacje będę czekać z ogromną niecierpliwością. Wiem, że jeśli jakaś książka czymś szczególnie mnie ujęła, to potrafiłam potem naprawdę wiele jej wybaczyć. Najwyraźniej, gdzieś tam w środku, wciąż strasznie dużo we mnie dziecka, które chciałoby po prostu wysłuchiwać tych prostych, fantastycznych historii o księżniczkach i książętach, o złych królach, o czarodziejach, o magicznych mocach, o walkach na śmierć i życie, o duchach i niezwykłych stworzeniach, czasem o statkach kosmicznych lub podróżach w czasie. Dlaczego nie? Muszę to przyznać, świetnie się bawiłam. I choć teraz faktycznie zrobiłam sobie przerwę, to myślę, że już niedługo znowu powędruję w kierunku young adult


RECENZJE WSPOMNIANYCH KSIĄŻEK:

Polecane posty

0 komentarze

Blogi

Obserwatorzy