Książki mojego dzieciństwa

Był plan. Dobry plan. Już jakiś czas temu wymyśliłam sobie, że będę czytać książki dla dzieci. A dokładniej klasykę literatury dziecięcej - to, co mnie ominęło, gdy sama byłam mała. Bo tak. Bo fajnie jest wrócić do tych czasów, bo fajnie przeczytać coś lżejszego, bo jestem przekonana, że w dobrej literaturze dziecięcej i ja mogę znaleźć coś dla siebie. No i jak to tak nie znać na przykład Alicji w Krainie Czarów? Pomysł był, gorzej z realizacją. Przeczytałam już parę miesięcy temu Mary Poppins i na tym się skończyło. O tej książce też miałam zresztą napisać. Hmm, nie wyszło. Może więc spróbuję zacząć inaczej?

Wrócę do początków. Do mojego dzieciństwa i do moich pierwszych książek.  W końcu zapaloną czytelniczką jestem od piątego roku życia, trochę tego się nazbierało. A jutro w dodatku mamy Dzień Dziecka! No to powspominamy... :)


Uczyłam się czytać na tym klasycznym elementarzu Falskiego, tym z Alą i Asem. Pierwszą przeczytaną samodzielnie książką prawdopodobnie był Plastusiowy pamiętnik. Ewentualnie wygrzebany gdzieś z domowej biblioteczki Czuk i Hek - w czasach PRLu to chyba była lektura szkolna, teraz jest raczej taką zapomniana, komunistyczna ramotka. Nie wiem, wtedy nie miało to dla mnie znaczenia. Wtedy też, ledwie jeszcze czytając, siłowałam się z Małym Księciem. Za trudne to jednak było - wizja węża, który pożarł słonia i wygląda jak kapelusz przemówiła do mojej wyobraźni, ale mnie, pięciolatce, wydało się to trudne, dziwne i niedostępne. Zatem Małym Księciem zachwycałam się dopiero parę lat później.

I potem już jakoś poszło. Płakałam po mamie Rogasia z Doliny Roztoki, podobał mi się Cudaczek wyśmiewaczek (chyba mocno dydaktyczna książka...), czytałam Karolcię, , Frances Hodgson Burnett: Małą księżniczkę i Tajemniczy ogród, później też Małego lorda. Bardzo lubiłam Makuszyńskiego - Szatan z siódmej klasy wydawał mi się niesłychanie wciągający, ale Awantura o Basię czy Szaleństwa panny Ewy też były fajne. Podobały mi się oczywiście Dzieci z Bullerbyn, natomiast mam wrażenie, że to jest ulubiona książka z dzieciństwa wszystkich; ja ją po prostu lubiłam. Astrid Lindgren czytałam też Pippi, ale pamiętam ją jak przez mgłę. Była też taka seria, chyba niezbyt popularna, Pamiętniki księżniczek. Ktoś pamięta? Była ciekawa, a teraz myślę, że jak na książkę dla tak młodych czytelników, przekazywała całkiem sporo wiedzy historycznej.

To były fajne książki. Ale gdybym miała wybierać tę najulubieńszą, najukochańszą, to w sumie nie miałabym wątpliwości - Ania z Zielonego Wzgórza. A może raczej cała seria o Ani, więcej: cała Montgomery. Pamiętam ten dreszcz, gdy Anię kończyłam - wydawało mi się, że to moja pierwsza tak "dorosła", gruba książka. Czytałam namiętnie Anie, Emilki, później Pat i inne książki Montgomery. Gdy skończyły się powieści, czytałam też opowiadania, które, w większości, były raczej słabe... Nieważne, wszystko, co wyszło spod pióra Montgomery kochałam miłością wielką.

Tak, lubiłam romantyczne, sentymentalne książki, ale równie chętnie sięgałam po te przygodowe. Mój tata podsuwał mi swoje ulubione powieści z dzieciństwa. Przepadałam za Panem Samochodzkiem, liznęłam Bahdaja, Niziurskiego, Ożogowskiej. Podobał mi się też na przykład Gruby Minkowskiego. Byłam zachwycona Tajemniczą wyspą i W 80
dni dookoła świata Verne'a (dla odmiany 20 000 mil podwodnej żeglugi wydawało mi się bardzo nudne). Tata najmocniej namawiał mnie jednak do swoich ulubionych Tomków Szklarskiego - a ja na początku nie mogłam się przekonać, strasznie mnie nużyły. Jakiś czas później jednak wsiąkłam w nie na dobre, zatem zaraz po Aniach druga moja ulubiona seria z dzieciństwa - Tomki, Te książki się już mocno zestarzały, zresztą od początku pewnie nie były zbyt dobre - są nieprawdopodobne i nienaturalne, bohaterowie to chodzące encyklopedie i na zawołanie potrafią się wypowiedzieć na każdy temat. Ale przygody Tomka były świetne i bardzo wciągające, a te dydaktyczne fragmenty wcale mi nie przeszkadzały. O, co to były za przygody!

Kolejna uwielbiana seria to oczywiście Jeżycjada. Z Borejkami zżyłam się na długo. Czytałam książki tak, jak mi wpadły w ręce, nie do końca po kolei... Przy Jeżycjadzie śmiałam się i wzruszałam. I tak bardzo chciałam pojechać do Poznania, żeby móc pozwiedzać miasto śladami Borejków! Hmm, nadal tam nigdy nie byłam. Ulubione tomy? Kwiat kalafiora, Ida sierpniowa, Pulepcja.  Tutaj przypomina mi się jeszcze Krystyna Siesicka, której sporo książek przeczytałam, ale raczej nic z nich nie pamiętam. To chyba taki typ - myślę, że nawet krótko po przeczytaniu pamiętałam niewiele. Mocniejsze wspomnienie to jedynie Zapałka na zakręcie.

I Harry'ego Pottera też czytałam, oczywiście, że tak. Lubiłam, lubiłam bardzo, ale nigdy nie byłam psychofanką (moja siostra przeczytała całą serię chyba z siedem razy, ja raz). Ale to były książki, które wciągały na całego, wtedy największe wrażenie chyba zrobił na mnie Harry Potter i Czara Ognia. Jeśli chodzi o Opowieści z Narnii, to miałam mieszane uczucia - niektóre części bardzo mi się podobały, inne mnie śmiertelnie nudziły. Zakochałam się w Atramentowej trylogii - była urocza, wciągająca i opowiadała o... miłości do książek. To było coś idealnego dla takiego mola książkowego jak ja! A pamiętacie może serię Strrraszna historia?  Takie małe książeczki, które w zabawny sposób przybliżały historię...


Gdy zaczęłam w tym grzebać, przypomniało mi się mnóstwo tytułów, o których już dawno zapomniałam, mnóstwo książek, o których chyba nie potrafię już nic powiedzieć, poza tym, że mi się podobały. Na przykład: Jak oswoić czarownicę?, Złota Elżunia, Talerz z Napoleonem, Dziewczynka z szóstego księżyca... Ale dobrze się wspominało. A wy, co czytaliście? Znacie "moje" książki z dzieciństwa?

:)
---------------
Zdjęcie: horrigans / Source / CC BY-NC

Popularne posty z tego bloga

Saro J. Maas, właśnie tak pisze się finał serii! Kingdom of Ash

Na skróty. Październik 2018

Nędznicy, Victor Hugo