Kopciuszek jest cyborgiem, czyli Saga księżycowa Marissy Meyer

21:58

Kopciuszek w 36% nie jest człowiekiem, taka część jej ciała składa się ze sztucznych elementów. Na balu zgubi więc nie pantofelek, ale metalową, zbyt małą, stopę... Roszpunka została uwięziona nie w wieży, ale w satelicie krążącej dookoła Ziemi. A Czerwony Kapturek szuka zaginionej babci, którą, na co wszystko wskazuje, porwał jakiś tajemniczy gang wilków.


Pomysł na połączenie baśni i science fiction dość szybko mnie przekonał. Kopciuszek-cyborg? Biegnę czytać! Tylko że dość sceptycznie podchodzę do tych wszystkich serii YA, sięgam po nie czasem, ale potem często marudzę. A jednak dawno nic mnie tak nie wciągnęło jak Saga księżycowa. Dawno nie czytałam niczego z takim dreszczem emocji, z takim podekscytowaniem, dawno się tak nie przejmowałam bohaterami.

Czysta, dziecięca radość czytania.

Wszystko zaczyna się w Nowym Pekinie, ponad 100 lat po IV wojnie światowej.  Nasz Kopciuszek to Cinder,dziewczyna-cyborg i zarazem mechanik. Macocha tak naprawdę jest jej prawną opiekunką, która trochę Cinder się boi, trochę się nią brzydzi. Wstrętem napawają ją metalowe części dziewczyny i to, że Cinder nie jest do końca człowiekiem. Tak, nasz Kopciuszek jest w domu traktowany okropnie, jak popychadło i maszynka do zarabiania, ale nie jest to bezwolne, słodkie dziewczątko. Cinder to zaradna, bystra dziewczyna, która ma własne zdanie i kiedy trzeba, potrafi wziąć sprawy w swoje ręce. Ona też nie umie się do końca się pogodzić z tym, że jest cyborgiem (metalową dłoń ukrywa zawsze pod rękawiczką), ale hmm... wkrótce będzie miała większe problemy.

Podoba mi się, że na polskich wydaniach pojawiają się te lalki i ich śliczne sukienki. Ale trochę mnie boli, że swoją stylistyką te okładki mocno przypominają Zmierzch.











Cinder to dopiero początek wielkiej, rozgałęzionej opowieści. Bal, taniec z księciem i ucieczka z pałacu? W tradycyjnej baśni to właściwie najważniejsze momenty, które zwiastują, że szczęśliwe zakończenie jest już tuż, tuż.  A akcja Sagi Księżycowej dopiero wtedy się na dobre rozkręca. Bo okazuje się, że Cinder jest nie tylko opowiedzianą na nowo historią Kopciuszka, ale też równocześnie podstawą zupełnie nowej fabuły. Nie chcę spoilerować (ach, aż się prosi!), więc wystarczy, jeśli napiszę, że Saga księżycowa okazała się wciągającą intrygą polityczną z przygodowym rysem. Tak, tak, w końcu naszym bohaterom przyjdzie, jakkolwiek głupio to nie brzmi, ratować świat. Ratować przed żądną władzy królową Levaną, panią Luny - państwa na... Księżycu. A Levanie nie wystarcza już terroryzowanie samych Lunarów i pragnie przejąć kontrolę także nad Ziemią.

Jestem pod wrażeniem tego, jak świetnie Marrisie Meyer udało się dopasować baśniowe motywy nie tylko do futurystycznej wizji świata, ale też do całej, skomplikowanej przecież, historii. Wszystko tu gra jak w zegarku. Autorka bardzo oryginalnie opowiada na nowo baśnie, pomysłowo przekształca znane fabuły i bawi się ogranymi motywami. I wyszukiwanie tych wszystkich baśniowych odwołań, mniej lub bardziej subtelnych, daje sporą czytelniczą frajdę. Ale Meyer też bardzo zręcznie splata różne baśnie w jedną całość, tworząc coś zupełnie nowego: ze znanych elementów układa własną konstrukcję. I, co dla mnie wręcz zaskakujące, to wszystko świetnie ze sobą gra, jest spójną całością, a historia po prostu ma ręce i nogi (oczywiście, to wciąż jest szalona, przygodowa baśń, więc hiperrealizmu od niej nie oczekuję....). Cinder bazuje na Kopciuszku, Scarlet na Czerwonym Kapturku, Cress (niewydana po polsku) na Roszpunce, a Winter ma być o Królewnie Śnieżce. Ale każda nowa książka nie jest zupełnie nową historią - Marissa Meyer po prostu dokłada kolejne klocki do stworzonej wcześniej fabuły. Opowieść zostaje obudowana następnymi wątkami, pojawiają się kolejni bohaterowie. Saga księżycowa z każdym tomem jest bogatsza, bardziej wielowątkowa, bardziej rozbudowana. I przy okazji widać, że autorka doskonale to wszystko przemyślała, bo powiązania między tomami można dostrzec nawet w najdrobniejszych szczegółach.


Taki pomysł na serię sprawia, że jedynie Cinder ma tylko jedną, główną bohaterkę, bo potem na pierwszy plan wysuwa się coraz więcej postaci. Postaci wyrazistych, ciekawych i całkiem nieźle wykreowanych. Szybko można je polubić, szybko można się do nich przywiązać... A to sprawiło, że potem nieraz serce biło mi  w szalonym tempie ze strachu, że jednak nie wszystko będzie tak słodkie jak w baśni i komuś coś się stanie...  Tak, być może to raczej czarno-biały obraz (Levana na przykład wydaje się złem wcielonym), ale wybaczam, bo przecież... tak jest w baśniach, prawda? Poza tym (teraz robię hip, hip, hura) nie ma żadnego miłosnego trójkącika, co stało się jakimś standardem w seriach dla nastolatek. Mamy za to trzy świetne, urocze i przy tym bardzo różne pary. Romantyczka we mnie czuje się w pełni usatysfakcjonowana.

Zatem tak: podoba mi się właściwie wszystko. Od futurystycznych wersji baśni, przez barwnych bohaterów, aż po szybkie tempo akcji i świetnie poprowadzoną fabułę. Marissa Meyer miała parę genialnych pomysłów, które bardzo sprawnie i konsekwentnie zrealizowała. I wyszła seria, która okazała się ciekawsza, oryginalniejsza i o wiele lepiej skonstruowana, niż zdecydowana większość młodzieżówek, które czytałam. A przecież zakładałam, że Cinder będzie taką leciutką, odmóżdżającą powieścią, miłym przerywnikiem, o którym szybko zapomnę, bo zaraz przejdę do tych lepszych i mądrzejszych książek. Tymczasem Saga księżycowa dosłownie wyrwała mnie na jakiś czas z rzeczywistości, zabrała parę dni życia, podczas których tylko czytałam, czytałam i czytałam (ewentualnie myślałam o czytaniu), a po skończeniu jednego tomu, od razu zaczynałam następny. A teraz mierzę się z tymi ciemniejszymi stronami fanowania, z nieznośnym wręcz czekaniem na kolejną część. Winter ukaże się dopiero w listopadzie, ale ja, chociaż wcześniej tego nie planowałam, chyba przeczytam jeszcze uzupełnienie serii - Fairest o królowej Levanie. I może jeszcze opowiadania... A co tam, wszystko przeczytam. Bo Saga księżycowa, niespodziewanie nawet dla mnie, ujęła mnie niemal wszystkim; czytanie jej było świetną przygodą, a ja czułam się jak mała dziewczynka, która z wypiekami na twarzy i z bijącym sercem przewraca kolejne strony.

------------------
Zdjęcie: davejdoe / Foter / CC BY

Polecane posty

20 komentarze

  1. Jakiś czas temu już o tej serii słyszałam, zamierzałam kupić i... - nic właśnie. Jakoś ten pomysł mi sam umarł śmiercią naturalną. Bałam się chyba zwłaszcza, że to będzie takie średnio płytkie YA, a w sumie zupełnie tak to z tego, co piszesz, nie brzmi. Po Twojej recenzji - od nowa mnie ta seria kusi :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Saga księżycowa" niby wpisuje się w ten ogólny młodzieżowy trend, a jednak... jest inna i ucieka wielu schematom obecnym w YA. Nie wiem, być może to jest też kwestia tego, że trafiłam na coś dla mnie (uwielbiam retellingi baśni!), ale hmmm... też podchodzę trochę sceptycznie do YA, a "Saga księżycowa" autentycznie mnie zachwyciła ;)

      Usuń
  2. Mam wrażenie, że ta książka pojawiła się jeszcze zanim zaczęto mówić o NA/YA. Sama mam w domu pierwszą część i na pewno kiedyś po nią sięgnę skoro to historia wyróżniająca się na tle innych młodzieżówek. Szkoda tylko, że u nas zaprzestano wydawania cyklu, polskie okładki są urzekające :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też żałuję, że na razie zaprzestano wydawać, może Egmont jeszcze zdecyduje się na "Cress". Nawet widziałam jakąś petycję w internecie ;) A ja wolałabym czytać po polsku, chociaż... brak polskiego tłumaczenia zmusił mnie do czytania w oryginale, co też ma przecież swoje plusy :)

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że i mnie brak polskiego wydania zmotywuje do czytania w oryginale :) Swoją drogą wiele serii zostało zaczętych i porzuconych. Bardzo nie lubię takiej praktyki, zwłaszcza jeśli chodzi o trylogie, gdzie 2 części zostają opublikowane, a ta ostatnia już nie. Jakby na złość czytelnikom :P

      Usuń
  3. Nie, to zdecydowanie nie dla mnie. Nie moje klimaty :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pierwszy raz widzę tę serię.

    OdpowiedzUsuń
  5. Już kilka osób polecało mi baśniową serię Marissy Meyer, więc mam zamiar ją przeczytać :).

    OdpowiedzUsuń
  6. "Kopciuszek-cyborg? Biegnę czytać! Tylko że dość sceptycznie podchodzę do tych wszystkich serii YA" - I te zdania w największym skrócie przedstawiają mój stosunek do serii. ;) Chciałabym przeczytać, ale się boję, że to będzie strata czasu. Ciekawi mnie (kogo nie ciekawią baśniowe motywy w futurystycznych światach?), ale i przeraża (bo ostatnio żadne powieści młodzieżowe nie przypadły mi do gustu, aż strach się przyznać, może to już koniec dzieciństwa? a obiecywałam sobie, że nigdy nie dorosnę ;). A po twoim - świetnym, dodajmy - wpisie obawy zmalały i ręka sama się unosi w kierunku regałów.

    Ale masz ładny szablon! :) Jak zrobiłaś nieruchome menu? Pytam nieśmiało, bo po tylu poradnikach internetowych sama powinnam wiedzieć, ale nauczyłam się jedynie, jak unieruchomić ten pasek, nie umiem natomiast wypełnić go kolorem.

    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to są takie lekkie, rozrywkowe książki... Nie wiem, według mnie lepsze niż zdecydowana większość YA, które czytałam, ale hmm... może być też tak, że są prawie tak samo głupiutkie, ale mają w sobie coś, co akurat do mnie trafiło, a to sprawia, że jestem wobec nich mniej krytyczna. Możesz spróbować, nawet jeśli Ci się nie spodoba, to wiele czasu na "Cinder" nie stracisz, bo czyta się błyskawicznie ;) Ja zauważam u siebie, że z przyjemnością czytam książki dla dzieci, a zdecydowanie większy problem mam z młodzieżówkami. Może po prostu jeszcze nie nabrałam do nich dystansu?

      Nie wiem, jak ty próbowałaś z tym menu, bo mnie szczerze mówiąc łatwiej było, zamiast używać tego gadżetu bloggera, napisać zupełnie własne w html i css. I chyba niczego nie zepsułam w całym szablonie, więc jest dobrze ;) Żeby menu było zawsze u góry ustawiłam je w css na "position:fixed;", kolor można dodać przez background-color:tutaj nazwa koloru lub numer rgb; CSS możesz dodać w edytorze szablonów, w zaawansowanych, w "dodaj arkusz stylów css". Ale w sumie nie wiem, jak do tej pory próbowałaś i na ile orientujesz się w html i css... Jeśli napiszesz coś więcej o tym, co chcesz zrobić i jak, to mogę spróbować potłumaczyć, bo mam wrażenie, że teraz mogę Ci tylko namieszać w głowie ;)

      Usuń
    2. Hm, jeśli poprzez książki dla dzieci rozumiesz klasykę w rodzaju Puchatka, Alicji czy Muminków, to mam podobnie: niektóre z nich uwielbiam (np. Muminki właśnie). :) Ale inne pozycje przeznaczone dla, powiedzmy, trzynastolatek do mnie nie trafiają, a schematy, które się w nich pojawiają, mnie irytują. Niedawno czytałam "Księcia mgły" - bez większych emocji. Wydaje mi się, że w podstawówce przejęłabym się losem głównego bohatera (a może się mylę?).

      Jeśli chodzi o menu, dotąd próbowałam wpisywać coś takiego:

      .PageList ul {
      background-color: #110808;
      width: 100%;
      height: 40px;
      margin-left: auto;
      margin-right: auto;
      position: fixed;
      z-index: 1;
      top: 0px;
      }

      No i wtedy menu się, oczywiście, unieruchamia, ale a) koloru nie ma, b) cały ten pasek przesuwa się w prawo (i nie wiem, czemu tak się dzieje).

      Usuń
    3. Tak, miałam na myśli raczej klasykę, przeznaczoną dla tych najmłodszych czytelników. Jakiś czas temu czytałam z przyjemnością "Mary Poppins", a wcześniej "Czarnoksiężnika z krainy Oz". A "Książę mgły" też mi się zupełnie nie podobał, dla mnie to było właściwie takie nic...

      Uch, gdy sama sobie grzebię w swoim kodzie, to popróbuję, popróbuję i wcześniej czy później wyjdzie. A tak... patrzę na Twój kod i właściwie nie wiem, co może być źle... Może ustaw tło nie ul, a samemu .PageList? Nie wiem też, czemu się przesuwa, ale może spróbuj to ustawić, dodając jeszcze left:(tu ustawiasz odległość od lewej strony); analogicznie right...

      Usuń
  7. Szczerze mówiąc ja w tych okładkach nie widzę nawet grama podobieństwa do Zmierzchu :P A sria naprawdę świetna, czekam na Roszpunkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee tam, są jakieś takie zmierzchowate... To czarne tło, czerwone akcenty, nie wiem, dlaczego, ale czcionki też m się jakoś tak kojarzą. Ale może jestem przewrażliwiona :P
      A "Cress" jest super! :)

      Usuń
  8. Mi też do zmierzchu niepodobne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze, może faktycznie jestem przewrażliwiona? ;)

      Usuń
  9. Witaj, bardzo ciekawe opisy książek.Podoba mi się Twój blog, dlatego dodałem Cię do mojej listy blogów pod adresem firkat.pl
    Zajrzyj jeżeli masz ochotę:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Na liście książek do przeczytania mam ją już od dawna, ale zawsze inne książki mnie odciągają od tej sagi ;/ Po twojej recenzji chyba jednak się skuszę :D

    http://galeriaksiazek.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Nawiązania do baśni, klimat całej serii, brak trójkąta miłosnego (bardzo ważne!)... nic, tylko czytać;) W dalszym ciągu nie jestem pewna, czy te książki będą mi odpowiadać, ale ostatnio coraz częściej sięgam po "luźniejsze" lektury, a powieści Marissy Meyer wydają się być na tyle oryginalne, że warto spróbować;)

    OdpowiedzUsuń

Blogi

Obserwatorzy