Dworek Longbourn i Death Comes to Pemberley, czyli Jane Austen ciągle w modzie

18:10

Jane Austen napisała sześć powieści*. To niedużo dla każdego, kto się przekona, jak świetna jest to proza. Moje wydanie Dumy i uprzedzenia ma jakieś 300 stron. Dużo? Niedużo, przecież to jest książka, której nie chce się kończyć, to jest książka, do której można wracać wielokrotnie, to jedna z tych najulubieńszych, najukochańszych... Nie dziwi mnie więc wcale, że tworzy się sporo historii, które krążą gdzieś wokół Jane Austen - powstają kontynuacje jej powieści, opowiada się o bohaterach, którzy wcześniej pozostawali gdzieś z boku, umiejscawia się akcję we współczesności lub w ogóle wyczynia się jakieś cuda, na przykład przenosi fankę Austen do świata Dumy i uprzedzenia (serial W świecie Jane Austen). Patrzę na takie twory z równoczesnym zaciekawieniem i zaniepokojeniem. Jeden głos mówi: "spróbuj, może być fajnie", drugi: "tylko się zdenerwujesz, wszystko będzie NIE TAK". Ostatnio pierwszy głos przekrzyczał ten drugi.


Skusił mnie najpierw Dworek Longbourn Jo Baker. Powieść zdawała się mieć jedną zasadniczą zaletę - to nie jest kontynuacja Dumy i uprzedzenia ani alternatywna historia Elizabeth i pana Darcy. Nie, tym razem książka opowiada o służbie państwa Bennetów, co z jednej strony zupełnie odwraca perspektywę, a z drugiej sprawia, że Jo Baker nie ingeruje zbytnio w książkową historię ani w bohaterów stworzonych przez Jane Austen. W końcu tym razem w centrum naszego zainteresowania jest służąca Sara. Wszyscy bohaterowie, których znamy z Dumy i uprzedzenia zostali zdegradowani do roli postaci drugoplanowych lub epizodycznych. Dom Bennetów poznajemy tym razem dosłownie od kuchni. A tam przyjazd pana Bingleya do  Netherfield nie budzi już takiej ekscytacji. Sara ma swoje sprawy na głowie i w tej chwili na pewno ważniejsze jest dla niej pojawienie się w Longbourn nowego służącego, Jamesa.

Bardzo dobry pomysł - zejść piętro niżej, zwrócić uwagę na tych, którzy dla Bennetów i podobnych im rodzin byli niemal niezauważalni - niby niezbędni, ale zawsze pozostawieni w cieniu. W Dumie i uprzedzeniu pojawiają się wprawdzie imiona pani Hill (godpodyni) oraz Sary, ale to wszystko, nic nie wiemy o tych postaciach. Jo Baker postanowiła tchnąć w nie życie, pokazać jak tamte czasy wyglądały niejako "od drugiej strony". Dała głos tym, którzy do tej pory pozostawali niemi. To faktycznie umożliwia spojrzenie na rzeczywistość Dumy i uprzedzenia z innej perspektywy, pozwala poznać funkcjonowanie domu Bennetów od podszewki. Panienki przygotowują się do balu? Przyjeżdża, niemal niezapowiedzianie, pan Collins? Te wydarzenia na dole wyglądają przecież zupełnie inaczej, niż na górze.

Z okładki Dworku Longbourn

Historia Sary biegnie swoim torem - tylko nieznacznie mają na nią wpływ wydarzenia z Dumy i uprzedzenia. Nie jest szczególnie ekscytująca, ale Jo Baker umie pisać, powieść ma ręce i nogi, zgrabną fabułę i całkiem ciekawych bohaterów. Niestety i tak autorka zmienia w Dumie i uprzedzeniu więcej, niż bym chciała. Nie, to nie są jakieś rewolucyjne odstępstwa, ale coś we mnie się buntuje, kiedy ktoś podsuwa mi odmienioną wizję książki, którą znam na wylot. Tym bardziej, że Jo Baker idzie w nie najlepszym kierunku, a może po prostu robi o parę kroków za daleko. Wszystko jest bardzo udramatycznione, każdy musi mieć jakąś swoją mroczną tajemnicę... Obowiązkowe jest swego rodzaju uwspółcześnienie powieści, pokazanie problemów, które w czasach Austen zostawały przemilczane - będą i okropieństwa wojny, i nieślubne dzieci, i pedofilia.  Dworek Longbourn ma jednak większą wadę. Jest po prostu rozczarowujący - całkiem ciekawy, całkiem przyjemny, całkiem wciągający. Wszystko całkiem, nic naprawdę. Jo Baker pisze nieźle, ale może niepotrzebnie mierzy się od razu z Jane Austen. Okazuje się, że poza ciekawym pomysłem na rozwinięcie klasycznej powieści, ma niewiele do zaoferowania. W rezultacie wychodzi blado i nijako. Do zapomnienia. Bo przecież zaraz po Dworku Longbourn zachciało mi się znowu sięgnąć po Dumę i uprzedzenie - i okazało się, że śledzenie po raz enty historii Elizabeth jest nieporównywalnie ciekawsze niż czytanie po raz pierwszy o Sarze.

A jednak po przeczytaniu Dworku Longbourn znowu coś mnie podkusiło i tym razem padło na miniserial BBC  Death Comes to Pemberley (zresztą na podstawie powieści P.D. James). Tutaj mamy już po prostu kontynuację - coś, co zawsze budziło moje największe obawy. Jak to, ktoś chce dopisywać jakiś ciąg dalszy, zniszczyć moją wizję książki i zmaltretować postaci?! Nieważne, Jane Austen czy nie, Duma i uprzedzenie czy nie, takie kontynuacje są zawsze ryzykowne, rzadko naprawdę dobre. Jednak akurat obejrzenie Death Comes to Pemberley okazało się niezłym pomysłem.

Darcy, Elizabeth i Pemberley w tle.

Akcja toczy się kilka lat po wydarzeniach z Dumy i uprzedzenia. Elizabeth i Darcy są małżeństwem, mają synka. A w Pemberley właśnie ma odbyć się bal. Nieoczekiwanie przybywają też państwo Wickham - a wraz z nimi pojawia się w Pemberley śmierć. Wszystko wskazuje na to, że Wickham zabił swojego przyjaciela, Denny'ego.

Oglądanie tego serialu było trochę dziwne i irytujące tylko na samym początku - trzeba sobie przyswoić pewne fakty i zaakceptować wizję twórców. A potem już z górki, bo Death Comes to Pemberley bardzo przyjemnie się ogląda, serial jest ładnie nakręcony, a akcja została poprowadzona tak, że nie musiałam zgrzytać zębami i nie zżymałam się, że mi Dumę zniszczyli. Aktorzy są dobrze dobrani do swoich ról. Mogłabym sobie ewentualnie trochę ponarzekać na Elizabeth - nie to, że Anna Maxwell Martin źle gra, ale wygląda po prostu bardzo poważnie, zbyt poważnie. W książce między nią a Lydią jest jakieś pięć, sześć lat różnicy. Tutaj wygląda to tak, jakby dzieliło je lat co najmniej piętnaście. Trochę poza tym brakuje tej serialowej Lizzie życia i charakteru. Ale to drobiazgi. Death comes to Pemberley potrafi pozytywnie zaskoczyć. Wciąż nie ma się tu czym zachwycać, ale można z tym miniserialem przyjemnie spędzić wieczór lub dwa.

Jeśli przeczytacie wszystkie powieści Jane Austen i będziecie chcieli więcej, to jest z czego wybierać. Naprawdę. Po polsku na pewno wydano jeszcze Emancypację Mary Bennet i Pemberley, ale po angielsku to dopiero można znaleźć cudeńka. Wpisałam na Goodreads hasło "Darcy" i... Jest Fitzwilliam Darcy, Rock Star, jest Mr. Darcy, Vampyre, a także Mr. Darcy's Diary (to tylko jeden z czterech podobnych, pamiętnikowych tytułów). Poza tym znalazłam też na przykład Pride and Prejudice: Hidden Lusts. No tak. Jeśli wydawało Wam się, że fanfic jest zjawiskiem przede wszystkim internetowym, to byliście w błędzie. Wydawanie książek powiązanych z Dumą i uprzedzeniem to najwyraźniej biznes, który nieźle się kręci. Na pewno sięganie po takie powieści jest jakimś sposobem na poradzenie sobie z emocjami po przeczytaniu ostatnich słów ulubionej książki. Zanim jednak zacznie się wypróbowywać kolejne austenowskie wariacje (polecam Waszej uwadze tę listę, ciekawe rzeczy można znaleźć), warto się zastanowić, czy nie lepiej włączyć porządną ekranizację albo przeczytać Dumę i uprzedzenie jeszcze raz. Nawet dziesiąty raz.

A tak poza tym wygląda na to, że od dawna zapowiadany film Pride and Prejudice and Zombies naprawdę ma powstać. Boicie się? Bo ja tak.

*Wiem, nie licząc Lady Susan oraz dwóch niedokończonych powieści - Watsonów oraz Sandition.

Polecane posty

16 komentarze

  1. Chyba się skuszę na obejrzenie kontynuacji. Co do zapowiadanego filmu o Zombie - skóra mi cierpnie na samą myśl. To może być katastrofa, i to nawet nie piękna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już kiedyś była mowa o tym filmie, ale sprawa ucichła. A teraz na imdb jest już cała obsada. No nie wiem, co z tego będzie. Strach się bać ;)

      Usuń
    2. Ja przez długi czas byłam przekonana, że to tylko żart. Nawet moja wybujała wyobraźnia nie potrafiła tego ogarnąć.

      Usuń
  2. Chętnie poznałabym obie te... wariacje, że tak powiem. Bardzo lubię Austen, więc kolejne historie, by mnie z pewnością wciągnęły. Swoją drogą ostatnio obejrzałam film pt. "Austenland", który opowiada o pewnej psychofance Austen, która wyjeżdża na wakacje rodem z jej powieści. Lekka, zabawna i przyjemna. Polecam, jeśli nie widziałaś. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kojarzę "Austenland", ale nie oglądałam. Jakoś do tej pory słyszałam sprzeczne opinie, więc podchodziłam do tego filmu z pewnym dystansem. Z innych dziwnych rzeczy - jest też bollywoodzka wersja "Dumy i uprzedzenia". Ją akurat widziałam - dziwna, ale całkiem zabawna :)

      Usuń
  3. Czytałam "Dumę i uprzedzenie". Jestem chyba jedną z tych nielicznych osób, które raczej nie chcą do niej wracać. Podejrzewam, że kiedyś sięgnę po twórczość Austen, ale podchodzę do sprawy z dużą dozą rezerwy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Widzę, że masz z Jane Austen tak jak ja z Virginią Woolf :) Rozumiem Cię doskonale!

    OdpowiedzUsuń
  5. Na Dworek mam ochotę już od jakiegoś czasu - intryguje mnie to spojrzenie na świat Bennetów od kuchni, oczami służby. Natomiast serial BBC wydaje mi się troszkę ryzykowny i nieprzekonujący. Wolę sama wyobrazić sobie "ciąg dalszy" życia Elizabeth i Darcy'ego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się wydawało tak samo, bardziej byłam przekonana do "Dworku Longbourn" niż do "Death Comes to Pemberley", a jednak serial bardziej przypadł mi do gustu ;)

      Usuń
  6. Ta autorka chyba nigdy nie wyjdzie z mody:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zapiszę sobie tę powieść Jo Baker a z serialem poczekam, bo przede mną książka "Śmierć przybywa do Pemberley" :)
    Fajnie, że powstają takie powieści, bo - jak wspomniałam - Austen napisała tylko 6. A nam ciągle mało :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetne rzeczy, palce lizać, mnie nie przeszkadzają dodatki wampirów, opisanie od strony służby, kryminał, przeróbka, obojętne, ja to wszystko z chęcią przejrzę, jeśli ma coś wspólngo z Jane Austen;)

    OdpowiedzUsuń
  9. "Dworek Longbourn" mam, choć jeszcze nie zdążyłam przeczytać.
    Natomiast nie zamierzałam oglądać "Death comes..." ale po Twojej recenzji zaczynam się wahać. ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wreszcie uporałam się z recenzjami "Dworku..." i książki P.D.James, więc mogłam z czystym sumienim przeczytać Twój tekst. I wyszło na to, że mamy podobne odczucia. Ciekawi mnie tylko, jak odebrałabyś książkę "Śmierć przybywa do Pemberley", która bardzo się różni od serialu. "Dworek Longbourn" jest dla mnie mniej więcej taki, jakim go opisałaś - dobrze się czyta, ale takie z tego wielkie nic. Dzielę go na pół - pierwsza część, w której mamy sporo opisów życia pod koniec XVIII wieku, jest o wiele ciekawsza od drugiej, w której górę biorą mroczne tajemnice i dramatyczna miłość. I ta druga połowa psuje książkę, która zapowiadała się naprawdę ciekawie. Serial BBC mnie zachwycił, ale ja słynę z uwielbienia do brytyjskich seriali - do aktorów, zdjęć, montażu, kostiumów, do wszystkiego w sumie :) Książka jest inna - bardziej przypomina powieści Jane Austen, bo autorka była naprawdę utalentowaną pisarką i udało jej się wczuć w styl, którym operowała Jane. Jednak wpadła z pułapkę, dość płytką, ale zawsze - chciała trochę ten austenowski styl przerobić na własną modłę, co dało ciekawy efekt, ale nie do końca taki, jakiego pragnęliby wielbiciele Austen. W sumie książka P.D.James bardzo mi się podobała, ale serial na jej podstawie bardziej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w zupełności do do "Dworku Longbourn", bo o ile na początku faktycznie wydaje się, że może być z tego coś fajnego, to potem okazuje się, że autorka ma naprawdę niewiele do pokazania... O książce P.D. James czytałam bardzo sprzeczne opinie - pamiętam, że Twoja recenzja mnie do niej zachęciła, a potem natknęłam się na inną na Biblionetce. I ta mnie jakoś zupełnie odwiodła od pomysłu czytania "Śmierć przychodzi do Pemberley". Serial był naprawdę fajny i w sumie myślę, że na razie mi tych okołoaustenowskich historii wystarczy, ale jeśli kiedyś trafię na powieść P.D. James, to może przeczytam. Tak z ciekawości ;)

      Usuń

Blogi

Obserwatorzy