Palmy na śniegu, Luz Gabás

16:28

Chyba nikt nie pogardzi wciągającą, świetnie opowiedzianą historią. Palmy na śniegu kuszą egzotycznym klimatem Gwinei Równikowej, gorącym słońcem i smakiem kakao, ale poza tym mają też wszystko, czego potrzeba porządnej sadze rodzinnej.


Cała opowieść opiera się na (pokazanym już tytułem) kontraście - białe śniegi małego, górskiego miasteczka Pasolobino w Hiszpanii wciąż zestawiane są z gorącym słońcem afrykańskiej wyspy Fernando Poo (dziś Bioko). Palmy na śniegu są bowiem barwną opowieścią o losach hiszpańskiej rodziny osadzoną na tle dziejów Gwinei Równikowej - państewka w środkowo-zachodniej Afryce, wieloletniej hiszpańskiej kolonii. I te palmy na śniegu nie są tylko takim ładnym tytułowym sformułowaniem - faktycznie cała powieść mówi o zderzeniu tych dwóch światów, o ich odrębności, niemożności złożenia ich w całość. Na tym chyba polega dramat bohaterów - szczególnie Kiliana - są uwięzieni pomiędzy dwoma ojczyznami, niezdolni do wybrania jednej z nich, niezdolni do dokonania kompromisu. Fernando Poo i Pasolobino pozostają dwoma oddzielnymi, zupełnie różnymi światami - nawet, jeśli zakończenie książki składa wszystko w jedną całość, wnosi między te dwie rzeczywistości pewną harmonię.

Kilian i Jacobo przybywają na początku lat 50. na Fernando Poo, maleńką, afrykańską wyspę, gdzie zamierzają pracować na plantacji kakao. Wiele lat później Clarence, córka Jacoba, przez przypadek natrafia na stary, zagadkowy list. I oczywiście zaczyna rozgrzebywać historię swojej rodziny. To doprowadzi to odkrycia rzeczy zupełnie niespodziewanych. Takich, o których ani ojciec, ani stryj nigdy nie wspominali w swoich opowieściach o życiu w Afryce... Luz Gabás umieszcza zatem akcję swojej książki w dwóch planach czasowych - równolegle poznajemy losy Kiliana i Jacoba na Fernando Poo w latach 50. i 60. oraz obserwujemy poszukiwania Clarence na początku XXI wieku. Zdaje się, że wszystkie wydarzenia w życiu bohaterów są zdeterminowane przez jakieś afrykańskie duchy - przeznaczenie jest zawsze o krok przed nimi. Kilian i Jacobo chyba poszukują swojego raju - niestety tak jak nie udaje im się pogodzić białego Pasolobino i gorącego Fernando Poo, tak raj okazuje się nieosiągalny. A jeśli już, to nieunikniona jest jego strata - w końcu bohaterowie są przygnieceni przez pewne normy społeczne, ograniczeni nieubłaganą historią. Fernando Poo ulega w końcu nieuniknionym przemianom.  I chociaż to rozerwanie pomiędzy dwoma światami nacechowane jest pewnym fatalizmem, to przecież okazuje się, że losy bohaterów biegną do punktu harmonii, w którym wszystko ułoży się w jedną, spójną całość.

Jest takie afrykańskie przysłowie: choćbyś zerwał się bladym świtem, twój los i tak wstanie przed tobą[1].

Luz Gabás bardzo umiejętnie rozgrywa losy swoich bohaterów. Nie tylko czyni je wyjątkowo interesującymi, ale też stwarza dla nich wspaniałe tło. Widać doskonałe przygotowanie autorki do napisania tej książki - z wielką dbałością przedstawiono szczegóły życia w hiszpańskiej kolonii, a autorka szeroko zakreśla tło społeczne i historyczne. Ale Palmy na śniegu nie tylko obrazują rzeczywistość Fernando Poo sprzed ponad sześćdziesięciu lat, są też szczerym rozliczeniem z kolonialną przeszłością Hiszpanii. Luz Gabás pokazuje również Gwineę dzisiaj i pyta, na ile Hiszpania powinna czuć się odpowiedzialna za nią obecnie. Jedno jest pewne - losy bohaterów Palm na śniegu na zawsze są wpisane w losy tych dwóch państw i nawet najmłodsze pokolenie nie może się odciąć od kolonialnej przeszłości swoich przodków.

Chociaż powieść potrzebuje jakichś stu stron, żeby się rozkręcić, to potem jest już tylko lepiej. Palmy na śniegu to klimatyczna, dobrze napisana i doskonale przemyślana epicka historia pełna wielowymiarowych bohaterów i prawdziwych emocji. Czysta przyjemność.

-----------------
[1] Luz Gabás, Palmy na śniegu, przeł. Barbara Jaroszuk, Warszawa 2013, s. 406.

Polecane posty

11 komentarze

  1. hmmm...sagi rodzinne to nie do końca moja działka, niemniej jednak ta książka wygląda ciekawie. Lubię odbywać literackie podróże w egzotyczne miejsca. Zauważyłam, że ostatnio na powierzchnię wynurza się coraz więcej powieści z Afryką w roli (prawie)głównej.

    To musi być straszne - nie wiedzieć, które miejsce powinno nazywać się "domem"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to niestety dość powszechny problem - pewnie obejmuje całą rzeszę emigrantów...

      Usuń
  2. Książki pełne emocji to coś dla mnie :D Chociaż egzotyczna Gwinea może mniej :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo lubię takie książki, które można czytać wiele dni i w wchodzić w nie coraz głębiej. Fajnie wiedzieć, że to jedna z nich :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo lubię takie książki, dlatego zapiszę ją i postaram się w przyszłości przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wpisałam ją sobie na listę jakiś czas temu - myślę, że to doskonała lektura na lato.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapowiada się nieźle... Dobrze, że uprzedzasz, iż akcja przyspiesza dopiero po jakimś czasie - często zniechęcam się do lektury, jeśli potrzebuje długiego czasu na rozbieg. Tutaj przynajmniej wiem, że to nieuniknione. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Chociaż zapowiada się dobrze, to jednak nie do końca przemawiają do mnie te klimaty ( że tak ujmę) egzotyczne. Myślę, że może kiedyś po nią sięgnę :) Zapraszam do mnie : http://pomiedzy-stronami.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubię taką tematykę, mam nadzieję, że książka trafi w moje ręce. :)
    Zapraszam Cię na książkowe rozdanie na moim blogu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Książka zapowiada się interesująco być może po nią sięgnę :))

    OdpowiedzUsuń

Blogi

Obserwatorzy