Droga do Różan, Bogna Ziembicka

23:04


Świat powieści kobiecej rządzi się własnymi prawami. Jeśli umiemy się w pełni zgodzić na drobne przekłamania, na upiększanie rzeczywistości, to będziemy mogli się cieszyć przyjemną, odprężającą książką. Przecież dobrze jest się czasem wyluzować i przeczytać coś takiego, prawda? Tak też myślałam, ale wyluzować tak całkiem mi się nie udało...

Wieś sielska, anielska pojawia się tym razem na początku książki. Bohaterka już żyje w swoim raju (do którego zwykle bohaterki tego typu książek uciekają z opresyjnego, stresującego życia w mieście). Zosia razem z ojcem i nianią, panią Zuzanną, mieszka w dworze w podkrakowskich Różanach. Uprawia swój ogród, sprzedaje warzywa, owoce i róże. Cieszy się spokojem wsi, bliskością natury, spotkaniami z przyjaciółmi. Od dawna marzy o wspólnym życiu z Krzysztofem, w niej za to kocha się Eryk... Niespodziewanie w jej życiu zajdą ogromne zmiany - przez długi rodzina utraci Różany i Zosia wraz z ojcem i Zuzanną będzie musiała się przeprowadzić do miasta.


W Drodze do Różan celebruje się małe przyjemności. To książka, w której gotuje się same pyszności (w tym prym wiedzie pani Zuzanna), uprawia ogród, hoduje róże... A jeśli już trzeba mieszkać w mieście, to tylko w centrum Krakowa. Pełno tu zatem miłych smaków, zapachów i dźwięków. Ma być przyjemnie, o to przecież chodzi. O ile więc problemów w życiu Zosi niby nie brakuje (a ostatnio jest ich jakby więcej niż zwykle...), to jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że jesteśmy w rzeczywistości jakoś cudownie wyizolowanej od prawdziwego świata. Tak, Zosia może i żyje pod swego rodzaju kloszem i w końcu jednak będzie musiała się zderzyć ze światem. Ale od początku czujemy, że i tak wszystko w końcu potoczy się gładko. Bezwiednie zżymałam się na niektóre fabularne chwyty i na pewną nienaturalność tej rzeczywistości. Nie wszyscy bohaterowie wydawali się wiarygodni, choć niektórych naprawdę dało się lubić (jak Mariannę czy Zuzannę). Główna bohaterka denerwowała, ale w jakiś sposób przekonywała, paru za to zdawało się zupełnie papierowych (jak Eryk). Nie wierzę w tę historię, nie wierzę w jej bohaterów, nie wierzę w Różany i prawdopodobnie w tym tkwi mój problem z Drogą do Różan. Jest lekka, urocza, czasem dowcipna, ale przy tym trochę... sztuczna.

A przecież od razu wiedziałam, że to będzie taka książka - przyjemna, radosna i optymistyczna, upiększająca rzeczywistość smakami i zapachami. Czy to źle, że autorka wykorzystuje takie a nie inne schematy? Czy powinnam się złościć, że optymistycznie opowiada o szukaniu swojej drogi w życiu? Gdy brałam tę książkę do ręki, tego właśnie się spodziewałam i nie miałam nic przeciwko. I, mimo oczywistej powtarzalności pewnych motywów, są w Drodze do Różan elementy, które warto pochwalić. Niebanalnie rozwiązany został wątek miłosny. Bohaterka nie wpada tak po prostu w ramiona swojego "księcia z bajki", zakończenie jest znacznie bardziej skomplikowane. Poza tym o wiele ciekawsza od wątku dziecinnej Zosi okazała się historia młodych lat Zuzanny, która naprawdę wzbudziła moje żywe zainteresowanie.

To taka "miła" książka - urocza jak róże, które hoduje Zosia, słodka jak wypieki Zuzanny, przyjemna jak chwila relaksu. Poza tym zbyt wiele w niej nie ma. Nic specjalnego - ciśnie się na usta (a może na klawiaturę?). To chyba nie jest mój typ odprężającej lektury, tak po prostu. Natomiast jeśli faktycznie macie ochotę (mnie się chyba tylko tak zdawało) na lekkie i w gruncie rzeczy całkiem niezłe kobiece czytadło, to jest spora szansa, że Droga do Różan przekona Was bardziej niż mnie.

------------------------
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Otwartego.

Kup "Drogę do Różan" w Matrasie! Darmowa dostawa do najbliższej księgarni.

Polecane posty

19 komentarze

  1. Przyznam, że taki książki nie są dla mnie. Nie lubię tego wszechobecnego optymizmu i słodkości. Mam wrażenie, że tego typu lektury nic nie zmieniają w moim życiu, nic nowego nie wnoszą, a jedynie trochę frustrują. Właśnie tak, jak napisałaś, najlepiej to podsumować jako "nic specjalnego".
    PS: Dawno mnie tu nie było, ale rozkochałaś mnie tym miodowym odcieniem bloga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja raz na jakiś czas mam ochotę na taką lekturę. I czasem nawet mi się podoba (choćby powyżej wyświetla mi się "Cukiernia pod Amorem", która faktycznie była fajna), a czasem wyjdzie, jeśli nie źle, to zupełnie nijako - jak teraz. Przeczytałam i zaraz zapomnę.
      :)

      Usuń
  2. Nie jestem fanką takich opowieści, ale czasami też daję się skusić. Coś mnie przyciąga do tych prostych, lukrowanych historii. Może okładka, może obietnica relaksu, nie wiem do końca, ale czasami mam potrzebę przeczytania takiej książki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też (dlatego przeczytałam) i czasem jest fajnie, a czasem czuję, że to zupełnie nie moja tematyka... :)

      Usuń
    2. Dziewczyny! Takie książki też są potrzebne, wprowadzają optymizm w życie i choć na chwil człowiek czuje się trochę oderwany od szarej rzeczywistości. To jest tak, jak z disco polo - niby nikt nie słucha, a jak usłyszy to zaraz przytupuje nogą...

      Usuń
  3. Z tą literaturą dla kobiet to różnie bywa... Na przykład taka "Cukiernie pod Amorem" to, moim zdaniem, naprawdę dobra książka, ale jak już się weźmie za książki pani Kalicińskiej... to wrażenie o wiele gorsze. Chyba sobie podaruję tę pozycję. Może kiedyś, któregoś lata, jeśli wpadnie mi w ręce... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Cukiernia pod Amorem" naprawdę mi się podobała, Kalicińskiej nie czytałam i jakoś nigdy nie miałam ochoty. Przeczytać można, ale, jak napisałam, nic specjalnego ;)

      Usuń
  4. Taki książkowy klimat to jest to. Wygląda na to, że jak najbardziej nadaje się na wakacyjną odstresowującą lekturę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie miałam jeszcze okazji przeczytać żadnej z książek tej autorki, ale od dawna mam na nie ochotę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Książka książką, ale twój wpis mnie pochłonął! Spodobało mi się to porównanie powieści do słodkich wypieków. ;) Zazwyczaj nie interesują mnie tego rodzaju pozycje, czasem jednak po nie sięgam, a potem zaskakująco szybko zapominam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :)
      Tak to już jest z tego typu książkami. ;)

      Usuń
  7. Uwielbiam takie książki. Ja się w nich zatracam, o ile jest ciekawie i fajnie opowiedziane. Nic tylko polować na tą książkę muszę:)

    Zapraszam na spotkanie blogerów:
    http://swiatwidzianyksiazkami.blogspot.com/2013/07/zaproszenie-na-spotkanie-bloggerow.html

    OdpowiedzUsuń
  8. Czyli nie do końca nadaje się na wakacyjne siedzenie na plaży... c:

    OdpowiedzUsuń
  9. Ostatnio uzupełniam intensywnie braki w lekturach polskich autorów, więc z pewnością i po tę pozycję sięgnę:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Czasem lubię przeczytać takie lekkie, naiwne książki. No dobrze, bardzo często po takie sięgam. Wiem, że ta książka ma sporo wad, ale mimo wszystko mi się spodobała. Czytało się szybko, historia mnie wciągnęła, losy bohaterów nie były mi obojętne. Ja chętnie przeczytam kontynuacje. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo lubię takie lekkie książki. To są moje klimaty :) Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetny tekst. Ja podchodzę bardzo ostrożnie do tego typu książek, gdyż trochę boję się schematów i idealności, niemniej co jakiś czas sięgam po tego typu literaturę.

      Usuń
  12. To jest taka Rodziewiczówna albo Mniszkówna nie wiadomo dlaczego i po co? To już było, a dziś straszy właśnie sztucznością i jest bardzo pretensjonalne. Trochę takie majaczenia ciotki -klotki dla panienek i niespełnionych panien.

    OdpowiedzUsuń
  13. Książka idealna na słoneczne dni :) Bierze się ją w rękę idzie do ogrodu i czyta. Później się ją odnosi do biblioteki, odkłada na półkę i zapomina o niej. Pozostaje tylko posmaczek słodkich wspomnień i wrażeń, które pozostawiła. Jak dla mnie czasami za słodkich :)

    OdpowiedzUsuń

Blogi

Obserwatorzy