Małe kobietki, Louisa May Alcott

20:27


Książki też się starzeją. Małe kobietki są tu dobrym przykładem. Ta powieść - staroświecka, moralizatorska, trochę pretensjonalna - zdaje się teraz zupełnie niedzisiejsza. Ale przecież starzeć można się z godnością. Bo coś jednak w niej jest, skoro do tej pory jest dość znana, a dzieje sióstr March wciąż wywołują rumieńce u wielu (głównie młodocianych) czytelniczek.

Meg, Jo, Beth i Amy. Siostry i zarazem najlepsze przyjaciółki. Każda zupełnie inna, każda z innymi zainteresowaniami, pragnieniami, marzeniami i planami na życie. Louisa May Alcott zaczyna snuć swoją opowieść, gdy najstarsza Meg ma szesnaście lat, a najmłodsza Amy dwanaście. Są biedne, trwa właśnie wojna secesyjna, na której walczy ich ojciec. Ale mają najlepszą matkę na świecie, swoją Marmisię. I siebie nawzajem oczywiście, co pozwala im mimo wszystko wzrastać w atmosferze ciepła, szczęścia i miłości. Szybko jednak nadchodzą zmiany, pierwsze potyczki z życiem i prawdziwe, poważne problemy.


Oczywiście jednak będzie więcej radości niż smutków. Wrażliwsze czytelniczki (a może i czytelnicy...) ewentualnie wyleją łezkę lub dwie, ale od początku jest jasne, że Małe kobietki to urocza książka dla dziewcząt, w której bohaterki wyjdą za mąż z wielkiej miłości, a potem będą żyć długo i szczęśliwie. Louisa May Alcott to trochę taka amerykańska Montgomery, tworząca prawie pół wieku wcześniej. Czytając Małe kobietki miałam świadomość, że ta książka podobałaby mi się sto razy bardziej, gdybym trafiła na nią tak do dziesiątego, może dwunastego roku życia. Teraz? Dostrzegam jej urok, ale nie mogę tak po prostu przełknąć jej wad. Małe kobietki są bowiem irytująco moralizatorskie. Tak pisano kiedyś dla dorastających dziewcząt - książka miała być mądra i pouczająca. W Małych kobietkach widać to aż nazbyt wyraźnie. Moralizatorskie wypowiedzi i pouczające wskazówki brzmią sztucznie, jest ich zbyt wiele i po prostu denerwują. Dlatego też być może wolę drugi tom. Tam tego dydaktyzmu jest jakby mniej, a główne bohaterki dorastają i zaczynają dorosłe życie. Znajdziemy w nim i pracę, i miłość, i małżeństwo, i macierzyństwo. Chociaż drugi tom także mocno trąci myszką i czasem wciąż czuć w nim pewną sztuczność, to jednak losy sióstr March zaczynają być naprawdę ciekawe i wciągające. Polubiłam tę książkę dopiero przy drugim tomie. I naprawdę bardzo ją lubię - mimo wszystko. Trzeba przecież przyznać, że fabuła jest poprowadzona zgrabnie, postacie są całkiem barwne, a wszystko zostało opisane z wdziękiem i humorem.

Chyba jednak nie miałabym dla Małych kobietek tak wiele sympatii, gdyby nie Jo. To pewnie najbarwniejsza postać w całej książce i najsympatyczniejsza (według mnie oczywiście) siostra March. To jej losy były dla mnie zdecydowanie najciekawsze. Jo - niesforna, gwałtowna, trochę dzika, ale oczywiście bardzo wrażliwa i o dobrym sercu. Jest zapaloną czytelniczką, marzy o karierze pisarskiej, czasem żałuje, że nie urodziła się chłopcem. To jedyna z sióstr, która naprawdę wzbudziła moją żywą sympatię. Meg jest po prostu Meg - piękną i trochę próżną. Nie powiedziałabym, że ją lubię, ani że jej nie lubię. Beth - bardzo, bardzo nieśmiała, dobra i kochana - to postać trochę przesadzona w swej cichości i, powiedzmy sobie szczerze, wokół niej nie dzieje się nic ciekawego. I jest jeszcze Amy, która w moim odczuciu ratuje trochę sytuację. Urocza, żywa, wesoła i rozpieszczona. W pierwszym tomie jest wybitnie irytująca, ale gdy dorasta, da się lubić.

Niezależnie od tego, którą z sióstr March polubicie najbardziej, Małe kobietki powinny okazać się przyjemną i dość ciekawą lekturą. Oczywiście na pewne rzeczy trzeba być przygotowanym, a potem przymknąć na nie lekko oko. Nie wydaje mi się jednak, by naprawdę był rozczarowany ktoś, kto za takimi czasem książkami tęskni, a w dzieciństwie zaczytywał się Anią z Zielonego Wzgórza. To ciepła, pełna wdzięku powieść. Może staroświecka, może trochę pretensjonalna, może nazbyt moralizatorska. A jednak urocza, przyjemna i bardzo angażująca czytelnika w losy bohaterów.

A tu zdjęcie z filmu z 1994 roku. Bardzo porządna ekranizacja z dobrą i znaną obsadą - Susan Sarandon, Winona Ryder, Kirsten Dunst, Claire Danes, Christian Bale... Swoją drogą moja siostra, z którą oglądałam film, była bardzo zawiedziona tym, że jeden wątek romantyczny nie skończył się tak jak trzeba... Mnie jednak wszystko się ładnie poukładało i uważam, że tak właśnie skończyć się powinno. Chyba dobrze, że Louisa May Alcott nie poszła najłatwiejszą drogą. Jak myślicie? Jeśli czytaliście lub oglądaliście, to czy rozwiązanie wątków miłosnych spełniło wasze oczekiwania?

Polecane posty

15 komentarze

  1. Rewelacyjna recenzja! Zgadzam się z nią w całej rozciągłości. Czytałam tę książkę, gdy byłam podlotkiem (12-13 lat) i wówczas bardzo mi się ona podobała i nie dostrzegłam wyżej wymienionych błędów.
    Moją ulubioną postacią również była Jo. To jedyna pełnokrwista postać, a reszta panien, to takie mimozy. Może i pasowały do ówczesnego ideału panienek, jednak nie polubiłam ich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że Jo to ulubiona postać większości. :) Trudno się dziwić, reszcie sióstr trochę brakuje charakteru, żadna z nich niczym szczególnym się nie wyróżnia, niczym nie przyciąga. Jo jest duszą tej książki. :)

      Usuń
    2. Piszesz o tym, że w czasie czytania w młodości nie dostrzegłaś błędów. Tak właśnie jest, dlatego bardzo dobrym wyjściem jest sięgniecie po książkę kolejny raz, można wtedy z nowym doświadczeniem i większym krytycyzmem popatrzeć na lekturę.

      Usuń
  2. Jeszcze nie czytałam. ,,Ania z Zielonego Wzgórza" to jedna z moich ulubionych książek, a więc myślę, że przypadnie mi do gustu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trochę inne książki, ale są między nimi znaczne podobieństwa. Ja też bardzo lubię "Anię" i wolę ją od "Małych kobietek", ale nie wiem, czy Montgomery jest rzeczywiście lepsza, czy po prostu mam do jej książek sentyment. W "Ani" zakochałam się tak jakoś w II klasie podstawówki i kilka razy do niej wracałam. ;)

      Usuń
  3. Pewnie już jestem za stara na tę książkę, ale.. co z tego? Następnym razem będąc w bibliotece, poszukam "Małych kobietek". Do tej pory uwielbiam "Anię z Zielonego Wzgórza", więc przypuszczam, że i ta książka spodoba mi się. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, co z tego? Myślę, że każdy czasem chce się znów poczuć jak dziecko. Na przykład czytając taką książkę ;)

      Usuń
  4. Pamiętam, że czytałam z zachwytem, ale kurczę, nie pamiętam za bardzo wątków miłosnych. Chyba trzeba sobie odświeżyć lekturę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No były, były :) W drugim tomie. Nie mogło tego zabraknąć, w końcu siostry musiały szczęśliwie wyjść za mąż ;)

      Usuń
    2. wierzę że były ;) nawet coś mi zaczęło świtać :) ale jednak starość, nie radość, pamięć powoli szwankuje.. przyznam się, że między innymi dlatego piszę blog - żeby pamiętać ;)

      Usuń
  5. Widziałam tylko film i zawsze sobie obiecywałam, że koniecznie muszę przeczytać książkę. Szczegółów już nie pamiętam, ale film kończyłam z myślą, że skończyło się tak, jak powinno, byłam usatysfakcjonowana. Cieszę się, że odkurzasz te starsze klasyczne książki :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Och, oglądałam film i czytałam, tylko kiedy to było? Lata świetlne temu:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja oglądałam jedynie film, ale bardzo zachęcił mnie on do przeczytania książki. Ekranizacja stanowiła dla mnie fajną i spokojną całość. Nic bym w niej raczej nie zmieniła. Muszę przyznać, że podczas oglądania na mojej twarzy regularnie pojawiał się uśmiech. Ciekawe czy przy czytaniu książki również tak będzie :)

    Pozdrawiam serdecznie!!

    Ps. Zapraszam na losowanie zakładki do książki, odbywające się na moim blogu! Dla mnie zakładka jest podczas czytania książki niezbędna :)
    http://marakyo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. gdybyś podlinkowała ten adres do losowania zakładki, byłoby prościej trafić...

    OdpowiedzUsuń
  9. już nieaktualne, a szkoda, że sie spóźniłem

    OdpowiedzUsuń

Blogi

Obserwatorzy