"Miłość" Toni Morrison


Nienawiść, tak jak przyjaźń, wymaga czegoś więcej niż fizycznej obecności; wymaga inwencji i usilnych starań, inaczej zwiędnie. [1]

Często mówi się, że między miłością a nienawiścią jest bardzo cienka granica. I właśnie przede wszystkim o tym jest ta książka, która nosi tak prosty tytuł. Nie warto się więc nim zrażać – może od razu kojarzy się z romansidłem, ale do powieści Toni Morrison to określenie zupełnie nie pasuje. „Miłość” jest bardzo dobrym i wnikliwym studium ludzkich zachowań i różnorakich uczuć.


Prawdę zgłębiamy stopniowo. Opowieść wraca do przeszłości i krok po kroku odkrywamy kolejne karty. Raz za razem poznajemy następne smakowite szczegóły. Toni Morrison serwuje wiadomości bez pośpiechu, ale z wyczuciem. To intryguje czytelnika. Co mogło się wydarzyć? Dlaczego tyle tu nienawiści?

A zaczynamy w tym miejscu: małe miasteczko Silk. Dawniej sławny kurort, w którym mieścił się luksusowy hotel Billa Coseya. Tutaj właśnie, w wielkim domu, mieszkają dwie stare kobiety: Heed i Christine. Żywią do siebie bezgraniczną nienawiść, chociaż tak wiele je łączy, w tym właśnie osoba Coseya. Jedna z nich była jego żoną, druga wnuczką. Od dawna są zmuszone mieszkać razem i każda czeka na śmierć tej drugiej. W tę niemal hermetycznie zamkniętą przestrzeń (z wyjątkiem młodego chłopaka, który wykonuje w domu drobne prace) wkracza Juniorka – młoda, wyzywająca dziewczyna, która niedawno opuściła poprawczak.

To kobiety grają tu pierwsze skrzypce. To kobiety opowiadają o wydarzeniach. To między kobietami dzieje się najważniejsze. Heed, Christine, Juniorka, May czy L – one tworzą tę opowieść. A jednak wszystkie kręcą się wokół mężczyzny, Billa Coseya, który odgrywa tu najprzeróżniejsze role. W tym chyba najważniejszą – jest cieniem, który nawet po śmierci ma zgubny wpływ na życie bohaterek. Także Juniorka, która przecież nie mogła go znać, czuje jego obecność, ma wrażenie, że mężczyzna patrzy na nią z portretu zawieszonego w domu dwóch kobiet. W końcu to właśnie on sprawił, że między przyjaciółkami, pojawiła się tak wielka nienawiść. Bardzo podoba mi się wielogłosowość tej powieści. Na sytuację spoglądamy z perspektywy różnych osób. A to pokazuje, że trudno o jednoznaczność. Jeszcze lepiej widzimy, jak to wszystko jest skomplikowane i że ciężko nam kogokolwiek oceniać.

Miejsce początkowych ukłuć winy, gniewu, zmęczenia, rozpaczy zajmuje nienawiść, tak czysta, tak naga, że zdaje się piękna, niemal święta. [2]

Zazdrość, gniew, niezrozumienie. W „Miłości”, jakby wbrew tytułowi, najwięcej jest negatywnych uczuć. W tym to najważniejsze, najmocniejsze – nienawiść. Dopiero po przeczytaniu całości, możemy stwierdzić, że miłość też tu była. Być może została z niej tylko maleńka, ledwie tląca się iskierka. Ale była. Morrison pisze po prostu o ludziach, o uczuciach, które nimi targają. Prowadzi czytelnika przez burzę – burzę nienawiści, złości, skrywanych żalów.

[1] Miłość, Toni Morrison, Świat książki, Warszawa 2005, str. 86
[2] str. 205

-----------------------------------
Książka dostępna TUTAJ.

Popularne posty z tego bloga

A Court of Frost and Starlight, Sarah J. Maas

Na skróty. Kwiecień, maj, czerwiec 2018

The Cruel Prince (Okrutny książę), Holly Black